Nie było mnie tu 20 dni. Wstąpienia na Facebooka są okazjonalne, na Intagramie ograniczam się do obejrzenia kilkunastu zdjęć. Codziennie sprawdzam maila i konto bankowe, czy nie pojawił się w końcu się jakiś spadek od dziada pradziada. Internetowy detoks?
Chwilowo dopadł mnie piśmienniczy kryzys. Cisza na blogu jak makiem zasiał, a i sprawa u nas niecodzienna - remontujemy korytarz! Niby nie za wiele, ale od tygodnia w domu mam luz. Nic, tylko leżeć i pachnieć.
Wiecie, na świecie są miliony wspaniałych cytatów, morałów, które motywują, podnoszą na duchu, zmieniają tor, którym idziemy. Trzeba je tylko znaleźć i podeprzeć na nich swoje serce.
Mam dla Was małą anegdotkę z czasów, gdy wesoło kroczyłam sobie po korytarzach uczelni i kiedy to moim największym zmartwieniem była duża kolejka w punkcie ksero, a potrzebowałam notatek na wczoraj. Studia... Te moje były naprawdę fajne.
Jak zbrzydzić do siebie wszystkie kobiety chodzące po Ziemi? Szybki poradnik!
By Żaneta Gy. - 12:47
Podobno od niedzieli ma już być ciepło, prawdziwie wiosennie. Świat pięknieje z każdym dniem, a kiedy dojdzie do +20 na termometrze, wszystkim zachce się kochać, wzdychać i szaleć z miłości. OK, nie wszystkim. Mam dla Was świetny poradnik, jak przypadkiem (nie) zdobyć czyjegoś serca tej wiosny! Ciekawi?
Rozciągnięty dres, koc, skarpety naciągnięte pod kolana. Oko bez kreski, cera jak po imprezie, a w rękach paczka chipsów. Oto ona. Matka Polka.
Nie da się ominąć tego tematu. Koniec roku 2016 zbliża się wielkimi krokami, już jutro czeka niektórych szalona imprezowa noc lub wygodna kanapa i miska popcornu. I co dalej?
Jesteśmy dziś zagonieni. Fakt. Gonimy za marzeniami, za światem, za informacją... Czasem gonimy za innymi ludźmi i przy okazji gubimy gdzieś siebie. Czas gdzieś ucieka, a nam ciągle mało. Warto?
Praca w szkole łatwą nie jest. Szczególnie wtedy, gdy wypadają dni, w których ja się produkuję, daję z siebie, ile mogę, a uczniowie współpracować nie chcą. Kiepsko jest też wtedy, gdy przygotuję się do zajęć, myślę, że będą świetne, a jednak efekty pracy są co najmniej... Słabe. Jak i dlaczego nie odpuszczać?
Na początku mojej zawodowej kariery starałam się przygotować do nauczania jak mogłam. Szukałam, rysowałam, czytałam... robiłam wszystko, co w mojej mocy, by jak najlepiej ogarnąć temat na lekcję i z fantastycznie przygotowanymi scenariuszami zajęć wchodziłam do klasy.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to, iż mam zaplanowane świetne pomysły, rewelacyjne gry i wywołujące totalne opadanie szczęki prace plastyczne do wykonania mogą być niczym!
Niczym zupełnie, marnością jakąś, która mija szybciej niż się zacznie dziać.
W czym tkwił mój problem? Wszak przygotowałam się, włożyłam masę starań, poświęciłam swój wolny czas...
Tylko jedno: nie wzięłam pod uwagę, że to nie jest ten dzień. To nie jest dzień na zabawę, bo pada za oknem. Dzień nie na prace plastyczne, bo już nikomu nie chce się machać ręką. Dzisiaj tego nie zrobię, bo moi uczniowie chcieliby po prostu poleżeć i pogadać.
Najgorzej jest, kiedy naprawdę wydaje mi się, że znalazłam coś naprawdę wow, a efekty jakie widzę są gorzej niż słabe. Dzieci mają to do siebie, że niezbyt potrafią udawać lub robić. Jak im się nie chce malować, to babrają farbami i nawet nie sugerują się schematem, jak to ma być wykonane.
Widząc ten całkowity olew mojej osoby i zajęć, które wymyśliłam, ręce opadały. To naprawdę załamujące, bo chciałam, by wyszły fajne i ładne prace, a powiedzmy, połowa nie nadawała się do ujrzenia światła dziennego. Niestety, jestem tym rodzajem nauczyciela, który stara się poznać możliwości dzieci i wymaga więcej, nigdy mniej. Tym większe było rozczarowanie, gdy widziałam, co się tworzy.
Ale już się nauczyłam. Mój wolny czas jest moim wolnym czasem.
Takim, który bezpowrotnie nie wróci.
Dalej szukam inspiracji, ale nie spinam się. Szukam kilka, by szybko zmienić tor, jeśli zobaczę, że coś nie idzie. Jednak teraz staram się bardziej żyć, niż pracować.
Co z tą wiedzą można zrobić?
Otóż.
Domyślam się, że w Twoim życiu były tysiące sytuacji, w których starałaś się jak mogłaś (/eś/eś), ale nagrodą dla Twojej pracy i zaangażowania była krytyka, rozczarowanie, niechęć albo kompletne pominięcie.
Rodzice wciąż grożą palcem, szef patrzy obrażony bez powodu, a małżonek nadal wybrzydza zupę.
Starasz się, nie masz z tego nic, jaki wniosek?
Dać sobie spokój?
Nie ma korzyści - nie ma roboty, proste!
PROSTE?
Zastanów się, ile jest w Twojej głowie marzeń.
Gdy nie ma ich zbyt wiele, to nie ma tematu. Gdy już są, sprawy nabierają rumieńców. Bo nie dostaniesz ich, jeśli nie ruszysz się do działania.
A teraz szybka zmiana toku myślenia.
W sumie nie mam zamiaru motywować Cię do zabrania życia w swoje ręce. Kreowania swojej rzeczywistości tak jak chcesz to Ty, a nie ktoś z zewnątrz.
To nie ten post.
Chcę Ci powiedzieć, że brak starań widać.
Dostałam dzisiaj prace dzieci zrobione na "odwal się". A szkoda, bo miały być prezentem. Choćbym nie wiem jak naciągała, to nie mogę powiedzieć "ok, zrobiłeś tak, bo na tyle cię stać. doceniam starania". Nie. Nie widać starań na kartce, na której naklejono trzy kwiatki i cekin po to, by gadać i zrobić sobie wolne.
Brak zaangażowania naprawdę widać i szkoda, że czasem nie zdajemy sobie sprawy, jak przykro może być komuś, kto to zauważy. Jeszcze gorzej, gdy zauważy i kocha Cię tak bardzo, że udaje jak bardzo się cieszy z tego, co zrobisz.
Można się usprawiedliwiać mówiąc: "Ale przecież się starałam!".
Jednak czyny nie zawsze idą za słowami.
Na początku mojej zawodowej kariery starałam się przygotować do nauczania jak mogłam. Szukałam, rysowałam, czytałam... robiłam wszystko, co w mojej mocy, by jak najlepiej ogarnąć temat na lekcję i z fantastycznie przygotowanymi scenariuszami zajęć wchodziłam do klasy.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to, iż mam zaplanowane świetne pomysły, rewelacyjne gry i wywołujące totalne opadanie szczęki prace plastyczne do wykonania mogą być niczym!
Niczym zupełnie, marnością jakąś, która mija szybciej niż się zacznie dziać.
W czym tkwił mój problem? Wszak przygotowałam się, włożyłam masę starań, poświęciłam swój wolny czas...
Tylko jedno: nie wzięłam pod uwagę, że to nie jest ten dzień. To nie jest dzień na zabawę, bo pada za oknem. Dzień nie na prace plastyczne, bo już nikomu nie chce się machać ręką. Dzisiaj tego nie zrobię, bo moi uczniowie chcieliby po prostu poleżeć i pogadać.
Najgorzej jest, kiedy naprawdę wydaje mi się, że znalazłam coś naprawdę wow, a efekty jakie widzę są gorzej niż słabe. Dzieci mają to do siebie, że niezbyt potrafią udawać lub robić. Jak im się nie chce malować, to babrają farbami i nawet nie sugerują się schematem, jak to ma być wykonane.
Widząc ten całkowity olew mojej osoby i zajęć, które wymyśliłam, ręce opadały. To naprawdę załamujące, bo chciałam, by wyszły fajne i ładne prace, a powiedzmy, połowa nie nadawała się do ujrzenia światła dziennego. Niestety, jestem tym rodzajem nauczyciela, który stara się poznać możliwości dzieci i wymaga więcej, nigdy mniej. Tym większe było rozczarowanie, gdy widziałam, co się tworzy.
Ale już się nauczyłam. Mój wolny czas jest moim wolnym czasem.
Takim, który bezpowrotnie nie wróci.
Dalej szukam inspiracji, ale nie spinam się. Szukam kilka, by szybko zmienić tor, jeśli zobaczę, że coś nie idzie. Jednak teraz staram się bardziej żyć, niż pracować.
Co z tą wiedzą można zrobić?
Otóż.
Domyślam się, że w Twoim życiu były tysiące sytuacji, w których starałaś się jak mogłaś (/eś/eś), ale nagrodą dla Twojej pracy i zaangażowania była krytyka, rozczarowanie, niechęć albo kompletne pominięcie.
Rodzice wciąż grożą palcem, szef patrzy obrażony bez powodu, a małżonek nadal wybrzydza zupę.
Starasz się, nie masz z tego nic, jaki wniosek?
Dać sobie spokój?
Nie ma korzyści - nie ma roboty, proste!
PROSTE?
Zastanów się, ile jest w Twojej głowie marzeń.
Gdy nie ma ich zbyt wiele, to nie ma tematu. Gdy już są, sprawy nabierają rumieńców. Bo nie dostaniesz ich, jeśli nie ruszysz się do działania.
A teraz szybka zmiana toku myślenia.
W sumie nie mam zamiaru motywować Cię do zabrania życia w swoje ręce. Kreowania swojej rzeczywistości tak jak chcesz to Ty, a nie ktoś z zewnątrz.
To nie ten post.
Chcę Ci powiedzieć, że brak starań widać.
Dostałam dzisiaj prace dzieci zrobione na "odwal się". A szkoda, bo miały być prezentem. Choćbym nie wiem jak naciągała, to nie mogę powiedzieć "ok, zrobiłeś tak, bo na tyle cię stać. doceniam starania". Nie. Nie widać starań na kartce, na której naklejono trzy kwiatki i cekin po to, by gadać i zrobić sobie wolne.
Brak zaangażowania naprawdę widać i szkoda, że czasem nie zdajemy sobie sprawy, jak przykro może być komuś, kto to zauważy. Jeszcze gorzej, gdy zauważy i kocha Cię tak bardzo, że udaje jak bardzo się cieszy z tego, co zrobisz.
Można się usprawiedliwiać mówiąc: "Ale przecież się starałam!".
Jednak czyny nie zawsze idą za słowami.
Oby więcej dobrych starań. Tyle na dzisiaj:)
Półtora roku przygotowań. Trochę kłótni i stresu. Zaskoczenia, emocje i zero czasu na cokolwiek. To było przed ślubem. Nadal próbuję złapać oddech.
ŁATWO NIE BYŁO!
Nie myślcie sobie, że czas przed ślubem był radosnym oczekiwaniem, drżeniem serc i niespokojnym odliczaniem dni. Były nerwy, kłótnie, załamania, kiedy się chciało rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady. Ciągle dochodziły do nas słuchy różnych opinii na temat tego, co planujemy, do tego nasza wizja nie zawsze spotykała się z aprobatą otoczenia, ale udało się!
Po małych kompromisach goście byli zadowoleni (przynajmniej tak mówili), rodzice szczęśliwi, a my zaliczyliśmy pewien etap życia, który ma otworzyć nam zupełnie nową drogę naszej egzystencji.
Jeśli planujesz ślub, lecz jeszcze nie poczyniłaś/eś żadnych kroków w tym kierunku i jesteś na samym organizacyjnym początku, dobrze radzę: nie oczekuj zbyt wiele.
Nie nastawiaj się, że będziesz z radością w sercu wyczekiwać tego dnia, w którym nie wiesz, co tak naprawdę się zdarzy. Stresów jest ogrom: nie taka pogoda, jakby się chciało, jednak nie taka fryzura, nie taki punktualny kierowca Waszego auta, nie takie oczko w pończochach i inne małe drobiazgi, od których można obgryźć paznokcie razem z palcami.
Przed ślubem także mamy solidną dawkę czynników stresogennych, np. zgranie dat, dylemat czy wybrać róże, czy lawendę? czy zaproszenia przyjdą na czas? zaprosić wujka z ciotką czy ciotkę z wujkiem? kupić wino czy tylko wódkę? zamówić udziec wieprza i sos czosnkowy, czy może wyrafinowaną kaczkę, której nikt nie zje?
Miliony pytań, mało odpowiedzi. Siada się i duma, rozkminia, decyduje.
Nie. Ślub nie jest łatwym orzechem do zgryzienia.
JAK PRZETRWAŁAM?
Kupiłam duże opakowanie ziołowych tabletek uspokajających. Powinnam teraz Wam podać, jakie dawki brałam, żeby w ten wielki dzień rączki się nie trzęsły, ale nie! Tabletki oddałam Arturowi, a ja sama nie denerwowałam się kompletnie niczym!
Tydzień przed ślubem zmieniłam plan mojej fryzury ślubnej i nie poszłam na czesanie próbne, a sam makijaż (też próbny) robiłam trzy dni wcześniej. W piątek zmieniliśmy piosenkę przygotowaną na pierwszy taniec, a kiedy już wszyscy znerwicowani trzęśli się przed wyjściem do kościoła, ja jadłam sernik. Nie przechwalając się: przysięgę powiedziałam bez zająknięcia, prawie z pamięci, aż ksiądz szepnął pod nosem: "O, jak pięknie!".
Tak, tak. Oto ja.
Półtora roku wyzywałam i klnęłam jak szewc, gdy ktoś komentował ślub.
Tego wielkiego dnia uśmiech nie schodził mi z twarzy, a ja nie odczuwałam żadnych... Powtarzam: żadnych! ścisków żołądka i napadów nerwicowych.
"NASZYMI MYŚLAMI TWORZYMY ŚWIAT"
Gdzieś kiedyś zasłyszałam. Uwielbiałam to sobie powtarzać. Przeinaczałam myśli, by były jak najmniej czarne. Nastawiałam je na tory z napisem: "pozytywne" i cieszyłam się życiem.
Później jakoś mi to przeszło, mantra gdzieś mi się zgubiła. Zanurkowałam w świat dorosłości i odpuściłam tresowanie myśli.
Teraz przypominam sobie, jak wiele jest prawdy w tych słowach.
Pamiętam, jak tworzyłam życzenia do świata. To, czego chciałam, tworzyłam najpierw w głowie. Wymyślałam kolory, tworzyłam obrazy. Później je nazywałam i wypowiadałam na głos. Wierzyłam w nie. Nie trzymałam się ich kurczowo, tylko puszczałam w przestrzeń. Podświadomie czekałam na to, aż przyjdą. Czułam to pod skórą, jednak nie myślałam o nich więcej.
Zawsze dostawałam to, czego chciałam. Prędzej, czy później. Zawsze do mnie wracało.
Jak było tym razem?
Długi, długi czas przed ślubem kurczowo powtarzałam: "Chciałabym, żeby już było po wszystkim. Chciałabym świętego spokoju". To jednak nie były fajne myśli. Nakręcały mnie, nastawiały na to, by się męczyć i robić z siebie cierpiętnicę.
W końcu przyszła myśl: "I tak już niczego nie zmienię. Jeśli coś nie będzie miało się udać, to się nie uda."
"NASZYMI MYŚLAMI TWORZYMY ŚWIAT"
Gdzieś kiedyś zasłyszałam. Uwielbiałam to sobie powtarzać. Przeinaczałam myśli, by były jak najmniej czarne. Nastawiałam je na tory z napisem: "pozytywne" i cieszyłam się życiem.
Później jakoś mi to przeszło, mantra gdzieś mi się zgubiła. Zanurkowałam w świat dorosłości i odpuściłam tresowanie myśli.
Teraz przypominam sobie, jak wiele jest prawdy w tych słowach.
Pamiętam, jak tworzyłam życzenia do świata. To, czego chciałam, tworzyłam najpierw w głowie. Wymyślałam kolory, tworzyłam obrazy. Później je nazywałam i wypowiadałam na głos. Wierzyłam w nie. Nie trzymałam się ich kurczowo, tylko puszczałam w przestrzeń. Podświadomie czekałam na to, aż przyjdą. Czułam to pod skórą, jednak nie myślałam o nich więcej.
Zawsze dostawałam to, czego chciałam. Prędzej, czy później. Zawsze do mnie wracało.
Jak było tym razem?
Długi, długi czas przed ślubem kurczowo powtarzałam: "Chciałabym, żeby już było po wszystkim. Chciałabym świętego spokoju". To jednak nie były fajne myśli. Nakręcały mnie, nastawiały na to, by się męczyć i robić z siebie cierpiętnicę.
W końcu przyszła myśl: "I tak już niczego nie zmienię. Jeśli coś nie będzie miało się udać, to się nie uda."
Chodziłam z nią spać dwa tygodnie. Spokojna. Dzięki niej mogłam bez nerwów zjeść drugie śniadanie i sernik przed wyjściem. Mogłam się po prostu cieszyć i przeżywać ten dzień, którego nikt nie pamięta (ja zapamiętałam każdą godzinę mojego ślubu i wesela).
NIE ZA CHŁODNO?
Może Was rozczarowałam, że nie jest to post piejący na temat cudownego wesela, ogromnego przeżycia i wielkiej radości, jaka na mnie spadła. Może powinnam pałać większym entuzjazmem, zachęcać Was do podjęcia podobnych kroków? Może komuś się wydawać, że nie zależało mi zupełnie na tym ślubie?
Nie, nie zależało mi na tej całej imprezie. Zależało mi, i nadal zależy, tylko i wyłącznie na Nim.
Dlaczego jeszcze tak spokojnie mi to przyszło?
Byłam (i jestem!) po prostu szczęśliwa. :-)
Ż.G.
P.S. Wam też życzę takiego szczęścia "na chłodno"!
NIE ZA CHŁODNO?
Może Was rozczarowałam, że nie jest to post piejący na temat cudownego wesela, ogromnego przeżycia i wielkiej radości, jaka na mnie spadła. Może powinnam pałać większym entuzjazmem, zachęcać Was do podjęcia podobnych kroków? Może komuś się wydawać, że nie zależało mi zupełnie na tym ślubie?
Nie, nie zależało mi na tej całej imprezie. Zależało mi, i nadal zależy, tylko i wyłącznie na Nim.
Dlaczego jeszcze tak spokojnie mi to przyszło?
Byłam (i jestem!) po prostu szczęśliwa. :-)
Ż.G.
P.S. Wam też życzę takiego szczęścia "na chłodno"!
Żyjemy w czasach mody. Mody na Pokemony, mody na sport i zdrowie, mody na bycie piękną i zadbaną. Mody na bycie przy kasie i wydawanie jej, mody na selfie i mody na świetne jedzenie. Najlepiej takie, którego nie można znaleźć w sklepach i całkowicie eko lub wege.
Trudno jest się oprzeć panującej modzie, podczas gdy wszędzie jej pełno. Ludzie biegają i zaczyna gryźć Cię sumienie, że siedzisz na kanapie i gryziesz chipsy. Znajomi chwalą się ilością zdobytych Pokemonów - instalujesz aplikację. Dziewczyna, na której bardzo Ci zależy jest wegetarianką - Ty też się stajesz. A na boku, w łóżku pod kołdrą szybko zjadasz kiełbaskę.
Na marginesie: szkoda, że nie mody na czytanie. Może niektórym nalałoby się trochę oliwy do głów.
CO JA NA TO?
Przyznaję, szał na bycie eko i wege daje do myślenia. Wystarczy wejść w jeden link przekierowujący do strony buczącej o śmieciowym żarciu, jego wpływie na organizm, itp., itd., i już zapala się światełko. Może faktycznie coś w tym jest?
Owszem, zdarza mi się zwracać większą uwagę niż dotychczas na to, co jem. Czytam etykiety jogurtów, staram się unikać syropu glukozowo - fruktozowego. Jem więcej owoców (codziennie), staram się pić więcej wody.
Jem mało warzyw. I know it!!! Nie jestem na tyle naiwna, by sądzić, że surówka do obiadu lub plasterki pomidora na kanapce, to stanowczo za mało.
Warzywa są zdrowe, poprawiają w organizmie człowieka funkcjonowanie wszystkiego.
Można mnie spytać: to dlaczego nic z tym nie robisz, tylko brzęczysz się użalasz??
BYCIE WEGE - TRUDNA SPRAWA
Mój Przyszły Mąż jest typowym facetem. Warzywa dla niego mogłyby nie istnieć. Obiad bez mięsa raz w tygodniu, jaki staram się zrobić, jest jego małym dramatem, który znosi przez wzgląd na mnie.
Biję się jednak w pierś. Nie zrzucam winy na niego, nie, nie! Podziwiam ludzi, dla których cierpienie zwierząt, faszerowanie ich chemią lub inne powody, są wystarczającymi powodami na eliminację mięsa z diety. Ja wiem, mam świadomość tych samych powodów, jednak czasem oprzeć się nie mogę. Czuję, że nie potrzebuję jedzenia mięsa, jednak kiedy przygotowuję coś dla Artura, trudno mi nie zjeść. Chyba, że mi coś nie wyjdzie ;-)
Udaje mi się nie jeść szynek. Nie smakują mi. Żylaste, wyglądające jak papier, często bez zapachu. Niestety, nie wiem, gdzie w Kaliszu można dostać dobrą szynkę, a nie mam takiego parcia, by szukać w każdym możliwym mięsnym. To, co oferują nam w sklepach jako szynkę, w rzeczywistości koło szynki nawet nie leżało. Jest progres.
Trafiłam ostatnio na pewien filmik. Musicie go obejrzeć!
(dzięki temu zrozumiecie moje dalsze dumania)
Chyba daje do myślenia?
Oglądam go po raz drugi i jednego jestem pewna:
-już nie chcę zasmakować jagnięciny. Cielęciny też.
To jest jakieś małe, biedne stworzonko. Czyjeś zwierzęce dziecko. Gdybym mieszkała w kraju kanibalów, wolałabym, żeby mnie pożarto zamiast mojego dziecka. Owce pewnie też by wolały. Poza tym od razu przed oczami staje mi moja psina, mająca miesiąc, u mnie na kolanach, ledwo człapiąca prosto po mieszkaniu. Nie można jeść szczeniaczków i małych zwierzątek. W każdym razie ja nie chcę.
Koniny też nie zjem. Te zwierzęta wydają mi się inne, jakby z obcego wymiaru. Są symboliczne i zbyt majestatyczne. Dla mnie.
Swoją drogą, my, ludzie, dziwni jesteśmy.
Tacy się wielcy sobie wydajemy, a w rzeczywistości coś tu jest nie tak z naszą wielkością.
Umiemy prześcigać się w osiągnięciach, chwalić najnowszymi cudami techniki, odkryciami. Uznajemy się za lepszych od zwierząt, bo myślimy.
MYŚLIMY??
Nawet nie chce mi się wymieniać sytuacji, kiedy człowieczeństwo do człowieczeństwa nie jest podobne. Kiedy nie chce się wierzyć, że człowiek może z całym swym rozwiniętym mózgiem, dostępem do świetnych, dobrych informacji, kieruje się w życiu po prostu głupotą.
Kosmici faktycznie gdyby to zobaczyli, to zawołaliby o pomstę do nieba. Lub raczej Wszechświata.
Niszcząc siebie, niszczymy świat. Tylko ciężko mieć to ciągle na uwadze, skoro w naszym otoczeniu nie dzieje się nic niepokojącego. Nie widzimy wielu rzeczy, celowo są przed nami skrywane. Trudno wybrać dobrą drogę, podczas gdy jesteśmy zalewani wszechobecnym chłamem i kłamstwem.
Świadomość jest chyba jednak ważniejsza. Jest zbyt wiele treści pokroju zamieszczonego przeze mnie filmiku, by je zignorować. Pilnujmy się. Dla siebie samych.
A NA KONIEC...
Lubicie maca? Też lubię. Zastanawiam się, kiedy zacznę od niego świecić.
ZOBACZ, CO DZIEJE SIĘ Z HAMBOSZCZAKIEM PO 137 DNIACH!
Super, co nie?
Wiem, że nie stanę się wegetarianką w 100%, ale mam zamiar coś w swojej diecie zmienić. Jakieś rady dla początkujących? Może Wy też macie podobne dylematy lub wręcz przeciwnie? Piszcie!
Życzę Wam czegoś zdrowego dzisiejszego dnia.
Żanet.
Trudno jest się oprzeć panującej modzie, podczas gdy wszędzie jej pełno. Ludzie biegają i zaczyna gryźć Cię sumienie, że siedzisz na kanapie i gryziesz chipsy. Znajomi chwalą się ilością zdobytych Pokemonów - instalujesz aplikację. Dziewczyna, na której bardzo Ci zależy jest wegetarianką - Ty też się stajesz. A na boku, w łóżku pod kołdrą szybko zjadasz kiełbaskę.
Na marginesie: szkoda, że nie mody na czytanie. Może niektórym nalałoby się trochę oliwy do głów.
CO JA NA TO?
Przyznaję, szał na bycie eko i wege daje do myślenia. Wystarczy wejść w jeden link przekierowujący do strony buczącej o śmieciowym żarciu, jego wpływie na organizm, itp., itd., i już zapala się światełko. Może faktycznie coś w tym jest?
Owszem, zdarza mi się zwracać większą uwagę niż dotychczas na to, co jem. Czytam etykiety jogurtów, staram się unikać syropu glukozowo - fruktozowego. Jem więcej owoców (codziennie), staram się pić więcej wody.
Jem mało warzyw. I know it!!! Nie jestem na tyle naiwna, by sądzić, że surówka do obiadu lub plasterki pomidora na kanapce, to stanowczo za mało.
Warzywa są zdrowe, poprawiają w organizmie człowieka funkcjonowanie wszystkiego.
Można mnie spytać: to dlaczego nic z tym nie robisz, tylko brzęczysz się użalasz??
![]() |
| Źródło: https://pixabay.com/pl/warzywa-pomidory-papryka-czosnek-1212825/ |
BYCIE WEGE - TRUDNA SPRAWA
Mój Przyszły Mąż jest typowym facetem. Warzywa dla niego mogłyby nie istnieć. Obiad bez mięsa raz w tygodniu, jaki staram się zrobić, jest jego małym dramatem, który znosi przez wzgląd na mnie.
Biję się jednak w pierś. Nie zrzucam winy na niego, nie, nie! Podziwiam ludzi, dla których cierpienie zwierząt, faszerowanie ich chemią lub inne powody, są wystarczającymi powodami na eliminację mięsa z diety. Ja wiem, mam świadomość tych samych powodów, jednak czasem oprzeć się nie mogę. Czuję, że nie potrzebuję jedzenia mięsa, jednak kiedy przygotowuję coś dla Artura, trudno mi nie zjeść. Chyba, że mi coś nie wyjdzie ;-)
Udaje mi się nie jeść szynek. Nie smakują mi. Żylaste, wyglądające jak papier, często bez zapachu. Niestety, nie wiem, gdzie w Kaliszu można dostać dobrą szynkę, a nie mam takiego parcia, by szukać w każdym możliwym mięsnym. To, co oferują nam w sklepach jako szynkę, w rzeczywistości koło szynki nawet nie leżało. Jest progres.
Trafiłam ostatnio na pewien filmik. Musicie go obejrzeć!
(dzięki temu zrozumiecie moje dalsze dumania)
Chyba daje do myślenia?
Oglądam go po raz drugi i jednego jestem pewna:
-już nie chcę zasmakować jagnięciny. Cielęciny też.
To jest jakieś małe, biedne stworzonko. Czyjeś zwierzęce dziecko. Gdybym mieszkała w kraju kanibalów, wolałabym, żeby mnie pożarto zamiast mojego dziecka. Owce pewnie też by wolały. Poza tym od razu przed oczami staje mi moja psina, mająca miesiąc, u mnie na kolanach, ledwo człapiąca prosto po mieszkaniu. Nie można jeść szczeniaczków i małych zwierzątek. W każdym razie ja nie chcę.
Koniny też nie zjem. Te zwierzęta wydają mi się inne, jakby z obcego wymiaru. Są symboliczne i zbyt majestatyczne. Dla mnie.
Swoją drogą, my, ludzie, dziwni jesteśmy.
Tacy się wielcy sobie wydajemy, a w rzeczywistości coś tu jest nie tak z naszą wielkością.
Umiemy prześcigać się w osiągnięciach, chwalić najnowszymi cudami techniki, odkryciami. Uznajemy się za lepszych od zwierząt, bo myślimy.
MYŚLIMY??
Nawet nie chce mi się wymieniać sytuacji, kiedy człowieczeństwo do człowieczeństwa nie jest podobne. Kiedy nie chce się wierzyć, że człowiek może z całym swym rozwiniętym mózgiem, dostępem do świetnych, dobrych informacji, kieruje się w życiu po prostu głupotą.
Kosmici faktycznie gdyby to zobaczyli, to zawołaliby o pomstę do nieba. Lub raczej Wszechświata.
Niszcząc siebie, niszczymy świat. Tylko ciężko mieć to ciągle na uwadze, skoro w naszym otoczeniu nie dzieje się nic niepokojącego. Nie widzimy wielu rzeczy, celowo są przed nami skrywane. Trudno wybrać dobrą drogę, podczas gdy jesteśmy zalewani wszechobecnym chłamem i kłamstwem.
Świadomość jest chyba jednak ważniejsza. Jest zbyt wiele treści pokroju zamieszczonego przeze mnie filmiku, by je zignorować. Pilnujmy się. Dla siebie samych.
A NA KONIEC...
Lubicie maca? Też lubię. Zastanawiam się, kiedy zacznę od niego świecić.
ZOBACZ, CO DZIEJE SIĘ Z HAMBOSZCZAKIEM PO 137 DNIACH!
Super, co nie?
Wiem, że nie stanę się wegetarianką w 100%, ale mam zamiar coś w swojej diecie zmienić. Jakieś rady dla początkujących? Może Wy też macie podobne dylematy lub wręcz przeciwnie? Piszcie!
Życzę Wam czegoś zdrowego dzisiejszego dnia.
Żanet.
"Nauczyciele mają najlepszą fuchę na świecie - parę godzin pracy, kawka, chwilka pogadania i wakacje co rusz!". Komuś przychodzą na myśl podobne słowa przy temacie wakacji? Wiedziałam!
Umówmy się: nie mam zamiaru nawoływać do zmiany toku myślenia, ani też wyprowadzać Was z błędu. Nauczyciele mają fajną fuchę, mają wakacje, parę godzin pracy, parzą sobie kawkę, herbatkę i wakacjują ile wlezie.
W snach!
Mogłabym teraz opisać Wam, jak wiele energii wkładam w każdy temat, by mówić w sposób zrozumiały dla dzieci. Pokazać Wam zdjęcia pomocy dydaktycznych (plakaty, karty, gry, schematy etc.), które zrobiłam własnoręcznie, bo inaczej pracowałabym "na sucho" (jak nie spróbujesz i nie dotkniesz, to się nie nauczysz). Mogłabym pozrzędzić, że owszem, robię sobie kawę, ale zazwyczaj wypijam ją zimną na koniec dnia lub po prostu wylewam. A siku chodzę tylko wtedy, gdy moją klasę obejmuje inny nauczyciel. Inaczej wstrzymuję. Nie dodam też nic na temat ciągłego gadania: do dzieci, do innych nauczycielek, do rodziców i tego, jak to wpływa na moje struny głosowe. Pominę też fakt, że jeśli już mam wielkie flow (odlot) przy zajęciach artystycznych, to wychodzę z pracy upaprana masą solną, z rozczochranym warkoczem i atramentem pod paznokciami. Mogłabym też dodać, że często siedząc w domu poszukuję nowych bajerów na lekcje, bo są ich miliardy w dobrociach internetowej przestrzeni, co zajmuje mi resztę mojego dnia.
Podaruję sobie jednak dalsze dumania, bo zapewne i tak nie uwierzycie.
Powiem więc krótko: jeśli czujesz się w zawodzie, jesteś w stanie to przetrwać. Nawet może Ci to sprawiać radość. Musisz mieć tylko jedno, konkretne odczucie: musisz to lubić.
Owszem, owszem. Pracując w szkole publicznej mamy ten przywilej dłuższego czasu odpoczynku niż pospolity Kowalski. W oczach większości leżymy wtedy bykiem na kanapie, z nogami wyciągniętymi na podnóżku, popijający kawę i śmiejący się z Was wszystkich, którzy wakacji nie macie! Można odparować: trzeba się było zastanowić nad wyborem studiów, nikt nie zmuszał, żebyś zastał inżynierem, doktorem, grabarzem itp.
Jednak nie.
Powiem Wam, w najczystszym sekrecie, jak wyglądają dni wolne i wakacje nauczyciela...
Po pierwsze: mając nawyk ciągłego chodzenia po klasie i skupiania uwagi na działaniu przez pół dnia, nie jestem w stanie usiedzieć na miejscu. Parzę kawę, otwieram książkę, czytam stronę i... myślę, czego nie zrobiłam, a co mogłabym zrobić.
Sprzątam miejsca, o których istnieniu zapomniałam: wycieram kurze z książek, odkurzam pod szafami, przekładam talerze w szafkach. W końcu od września nie będę miała czasu, sprzątam na zapas! Do tego nie mam dzieci, więc pół biedy, jeśli chodzi o zagospodarowanie czasu!
Druga rzecz: wakacje to wprost idealny czas na odnowienie kontaktów. Przypomina mi się o koleżance z gimnazjum. Babcia siedzi sama w domu, czeka z kawą. Mama myśli, że nadal mam 10 lat i przyjadę do niej na wakacje. A pewnie! Jeśli żyją i mnie pamiętają - to trzeba wykorzystać!
Po trzecie: przygotuję się na kolejny rok! Poszukam nowych metod, świetnych pomysłów, potworzę kolejne pomoce dydaktyczne... FAKT! Tego flow jeszcze nie poczułam, na razie jestem na etapie 1 i 2.
Cztery: nadrobię zaległości w rozwoju siebie. Poczytam papier, blogi, posłucham i będę duchowo zaspokojona po całym szkolnym roku interesowania się dziećmi i edukacją. Błąd. Po takiej przerwie nie pamiętam zbytnio, jak to siedzi się całymi dniami przy książce, słuchając muzyki. Trochę zapomniałam, jak to jest być nudną i beztroską. A chciałabym.
Praca nauczyciela nie jest formą dobrego ustawienia się w społeczeństwie.
Poza stresem, olbrzymią odpowiedzialnością i raczej marną za to kasą, jest to praca, jak żadna inna ingerująca w życie osobiste. Człowiek potrafi być zmęczony tak fizycznie jak i psychicznie.
Zazdrościsz lub chciałabyś być na naszym miejscu?
Zmierz się z tym, a jeśli poczujesz totalny odlot - spróbuj odzwyczaić na czas zasłużonych wakacji.
Dumam teraz i wnioskuję: żeby mieć wakacje, wcale nie trzeba być nauczycielem. Wystarczy wola, by załatwić sobie chwilę dla siebie, na odpoczynek i uciechę z życia. Nudy.
Cel na dziś? Odrzucić etap pierwszy, sprzątanie. Odpisać na zaległe maile. Skończyć czytać książkę. Zjeść ciastko. Wypić jeszcze gorącą kawę.
Życzę Wam mniej wyzwań dzisiejszego dnia. Gdziekolwiek jesteście, cokolwiek robicie: zróbcie sobie wakacje.
Powodzenia!
Ż.
Umówmy się: nie mam zamiaru nawoływać do zmiany toku myślenia, ani też wyprowadzać Was z błędu. Nauczyciele mają fajną fuchę, mają wakacje, parę godzin pracy, parzą sobie kawkę, herbatkę i wakacjują ile wlezie.
W snach!
JAK WYGLĄDA PRACA NAUCZYCIELA?
Mogłabym teraz opisać Wam, jak wiele energii wkładam w każdy temat, by mówić w sposób zrozumiały dla dzieci. Pokazać Wam zdjęcia pomocy dydaktycznych (plakaty, karty, gry, schematy etc.), które zrobiłam własnoręcznie, bo inaczej pracowałabym "na sucho" (jak nie spróbujesz i nie dotkniesz, to się nie nauczysz). Mogłabym pozrzędzić, że owszem, robię sobie kawę, ale zazwyczaj wypijam ją zimną na koniec dnia lub po prostu wylewam. A siku chodzę tylko wtedy, gdy moją klasę obejmuje inny nauczyciel. Inaczej wstrzymuję. Nie dodam też nic na temat ciągłego gadania: do dzieci, do innych nauczycielek, do rodziców i tego, jak to wpływa na moje struny głosowe. Pominę też fakt, że jeśli już mam wielkie flow (odlot) przy zajęciach artystycznych, to wychodzę z pracy upaprana masą solną, z rozczochranym warkoczem i atramentem pod paznokciami. Mogłabym też dodać, że często siedząc w domu poszukuję nowych bajerów na lekcje, bo są ich miliardy w dobrociach internetowej przestrzeni, co zajmuje mi resztę mojego dnia.
Podaruję sobie jednak dalsze dumania, bo zapewne i tak nie uwierzycie.
Powiem więc krótko: jeśli czujesz się w zawodzie, jesteś w stanie to przetrwać. Nawet może Ci to sprawiać radość. Musisz mieć tylko jedno, konkretne odczucie: musisz to lubić.
JAK WYGLĄDAJĄ WAKACJE NAUCZYCIELA?
Owszem, owszem. Pracując w szkole publicznej mamy ten przywilej dłuższego czasu odpoczynku niż pospolity Kowalski. W oczach większości leżymy wtedy bykiem na kanapie, z nogami wyciągniętymi na podnóżku, popijający kawę i śmiejący się z Was wszystkich, którzy wakacji nie macie! Można odparować: trzeba się było zastanowić nad wyborem studiów, nikt nie zmuszał, żebyś zastał inżynierem, doktorem, grabarzem itp.
Jednak nie.
Powiem Wam, w najczystszym sekrecie, jak wyglądają dni wolne i wakacje nauczyciela...
Po pierwsze: mając nawyk ciągłego chodzenia po klasie i skupiania uwagi na działaniu przez pół dnia, nie jestem w stanie usiedzieć na miejscu. Parzę kawę, otwieram książkę, czytam stronę i... myślę, czego nie zrobiłam, a co mogłabym zrobić.
Sprzątam miejsca, o których istnieniu zapomniałam: wycieram kurze z książek, odkurzam pod szafami, przekładam talerze w szafkach. W końcu od września nie będę miała czasu, sprzątam na zapas! Do tego nie mam dzieci, więc pół biedy, jeśli chodzi o zagospodarowanie czasu!
Druga rzecz: wakacje to wprost idealny czas na odnowienie kontaktów. Przypomina mi się o koleżance z gimnazjum. Babcia siedzi sama w domu, czeka z kawą. Mama myśli, że nadal mam 10 lat i przyjadę do niej na wakacje. A pewnie! Jeśli żyją i mnie pamiętają - to trzeba wykorzystać!
Po trzecie: przygotuję się na kolejny rok! Poszukam nowych metod, świetnych pomysłów, potworzę kolejne pomoce dydaktyczne... FAKT! Tego flow jeszcze nie poczułam, na razie jestem na etapie 1 i 2.
Cztery: nadrobię zaległości w rozwoju siebie. Poczytam papier, blogi, posłucham i będę duchowo zaspokojona po całym szkolnym roku interesowania się dziećmi i edukacją. Błąd. Po takiej przerwie nie pamiętam zbytnio, jak to siedzi się całymi dniami przy książce, słuchając muzyki. Trochę zapomniałam, jak to jest być nudną i beztroską. A chciałabym.
JAKI Z TEGO MORAŁ?
Praca nauczyciela nie jest formą dobrego ustawienia się w społeczeństwie.
Poza stresem, olbrzymią odpowiedzialnością i raczej marną za to kasą, jest to praca, jak żadna inna ingerująca w życie osobiste. Człowiek potrafi być zmęczony tak fizycznie jak i psychicznie.
Zazdrościsz lub chciałabyś być na naszym miejscu?
Zmierz się z tym, a jeśli poczujesz totalny odlot - spróbuj odzwyczaić na czas zasłużonych wakacji.
Dumam teraz i wnioskuję: żeby mieć wakacje, wcale nie trzeba być nauczycielem. Wystarczy wola, by załatwić sobie chwilę dla siebie, na odpoczynek i uciechę z życia. Nudy.
Cel na dziś? Odrzucić etap pierwszy, sprzątanie. Odpisać na zaległe maile. Skończyć czytać książkę. Zjeść ciastko. Wypić jeszcze gorącą kawę.
Życzę Wam mniej wyzwań dzisiejszego dnia. Gdziekolwiek jesteście, cokolwiek robicie: zróbcie sobie wakacje.
Powodzenia!
Ż.
Sto... Sto pięćdziesiąt... Dwieście pięćdziesiąt... Tysiąc pięćset sto dziewięćset!
Ilu masz znajomych na Facebooku? A ilu w realnym świecie?
Czy masz pewność, że kiedy powiesz wesołe i radosne "cześć" dziewczynie, z którą siedziałaś sześć lat w podstawówce, to nie spotkasz się z odwróconym wzrokiem i ciszą?
SKĄD CI ZNAJOMI?
Moja liczba znajomych na Facebooku jest spora. Naprawdę spora! Jednak nie dziwi mnie zupełnie, w końcu większość znajomych to ludzie z mojej wsi, na której wszyscy się znają. 3/4 znajomych twarzy z czasów, kiedy życie było zupełnie spontaniczne i dosłownie przyciągałam nowe twarze do swojego życia - czas beztroskiej niepełnoletności, a później studiów (bez pracy).
Teraz wszystko przystopowało. Ja - stateczna opiekunka ogniska domowego. Władczyni garów latająca na mopie. Do tego dzieląca życie na dwa etapy: w pracy i po pracy. Daleko mi do szaleństw, spontanicznych wypadów i imprez do białego rana. Toteż znajomych nie bardzo przybywa.
Cyfra "stoi".
Jakoś jednak nie czuję się smutna...
SKĄD TO DUMANIE?
Nie tak dawno przypomniało mi się, że jeszcze parę lat temu byłam w stanie współzorganizować olbrzymie spotkanie klas gimnazjalnych mojego roku. Stawiło się tyle osób, że nie sposób było zamienić słowo! Byliśmy już mądrzejsi - każdy wydawał się ciekawy, z każdym chciało się pogadać. Nie było już śmiechów z ławek, przedrzeźniania i przezywania. Było ciekawie, sympatycznie. Trochę beztrosko.
Przypomniało mi się to i wystarczyła wiadomość do głównego organizatora, by już powstało wydarzenie. Podjęłam się zaproszenia wszystkich znajomych, jakich miałam na Facebookowym profilu (numery telefonów przepadły, a jak!) i tu lekko zmarszczyłam brwi.
Lista znajomych niby czytelna, ale... Dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę, że gdzieś nie nadążyłam. Wiele dziewczyn pozmieniało już nazwiska. Niektórych nawet trudno poznać. Spróbowałam, przejrzałam niepewne profile... Zaprosiłam ile mogłam, choć pewnie wielu pominęłam. Czekam do sierpnia, czekam na spotkanie!
SENTYMENT MNIE PONIÓSŁ...
Wspominki się pojawiły. Palcem i niezbyt szybkim ruchem przejrzałam listę wszystkich znajomych. Spotkałam wirtualnie ludzi, z którymi już dawno nie zamieniłam słowa.
Ludzi, których latami nie widziałam.
Chłopaków, których kiedyś źle potraktowałam. Chłopaków, którzy kiedyś źle potraktowali mnie.
Dziewczyny, z którymi nie chciałam się znać. I dziewczyny, które są już matkami i żonami.
Widziałam się też z panem od historii i panią z kwiaciarni, którym już nie pamiętam, kiedy ostatni raz powiedziałam "dzień dobry".
Człowiek uświadamia sobie, jak bardzo może się rozminąć z drugim człowiekiem. Rozminąć gdzieś, wybrać inną drogę i zniknąć.
Rety! Chciałabym teraz niektórych przeprosić, innych spytać jak się mają, niektórych mogłabym wysłuchać. Gdy jest się daleko, tęskni się do wielu rzeczy, które kiedyś wydawały się nieatrakcyjne.
Czasami, z upływem czasu, stają się jakoś ciekawe, interesujące. Ludzie się tacy robią.
Dorastamy każdego dnia. Dojrzewamy w sobie.
A może napisać wiadomość przez dobrodzieja Facebooka do dawno niewidzianej koleżanki?
Jak myślisz, umiesz wyobrazić sobie, jak się uśmiechnie, gdy ją odczyta? :-)
Powodzenia.
Odkrywajmy nie tylko świat. Odkrywajmy ludzi.
Wasza Ż.
Ilu masz znajomych na Facebooku? A ilu w realnym świecie?
Czy masz pewność, że kiedy powiesz wesołe i radosne "cześć" dziewczynie, z którą siedziałaś sześć lat w podstawówce, to nie spotkasz się z odwróconym wzrokiem i ciszą?
SKĄD CI ZNAJOMI?
Moja liczba znajomych na Facebooku jest spora. Naprawdę spora! Jednak nie dziwi mnie zupełnie, w końcu większość znajomych to ludzie z mojej wsi, na której wszyscy się znają. 3/4 znajomych twarzy z czasów, kiedy życie było zupełnie spontaniczne i dosłownie przyciągałam nowe twarze do swojego życia - czas beztroskiej niepełnoletności, a później studiów (bez pracy).
Teraz wszystko przystopowało. Ja - stateczna opiekunka ogniska domowego. Władczyni garów latająca na mopie. Do tego dzieląca życie na dwa etapy: w pracy i po pracy. Daleko mi do szaleństw, spontanicznych wypadów i imprez do białego rana. Toteż znajomych nie bardzo przybywa.
Cyfra "stoi".
Jakoś jednak nie czuję się smutna...
SKĄD TO DUMANIE?
Nie tak dawno przypomniało mi się, że jeszcze parę lat temu byłam w stanie współzorganizować olbrzymie spotkanie klas gimnazjalnych mojego roku. Stawiło się tyle osób, że nie sposób było zamienić słowo! Byliśmy już mądrzejsi - każdy wydawał się ciekawy, z każdym chciało się pogadać. Nie było już śmiechów z ławek, przedrzeźniania i przezywania. Było ciekawie, sympatycznie. Trochę beztrosko.
Przypomniało mi się to i wystarczyła wiadomość do głównego organizatora, by już powstało wydarzenie. Podjęłam się zaproszenia wszystkich znajomych, jakich miałam na Facebookowym profilu (numery telefonów przepadły, a jak!) i tu lekko zmarszczyłam brwi.
Lista znajomych niby czytelna, ale... Dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę, że gdzieś nie nadążyłam. Wiele dziewczyn pozmieniało już nazwiska. Niektórych nawet trudno poznać. Spróbowałam, przejrzałam niepewne profile... Zaprosiłam ile mogłam, choć pewnie wielu pominęłam. Czekam do sierpnia, czekam na spotkanie!
SENTYMENT MNIE PONIÓSŁ...
Wspominki się pojawiły. Palcem i niezbyt szybkim ruchem przejrzałam listę wszystkich znajomych. Spotkałam wirtualnie ludzi, z którymi już dawno nie zamieniłam słowa.
Ludzi, których latami nie widziałam.
Chłopaków, których kiedyś źle potraktowałam. Chłopaków, którzy kiedyś źle potraktowali mnie.
Dziewczyny, z którymi nie chciałam się znać. I dziewczyny, które są już matkami i żonami.
Widziałam się też z panem od historii i panią z kwiaciarni, którym już nie pamiętam, kiedy ostatni raz powiedziałam "dzień dobry".
Człowiek uświadamia sobie, jak bardzo może się rozminąć z drugim człowiekiem. Rozminąć gdzieś, wybrać inną drogę i zniknąć.
Rety! Chciałabym teraz niektórych przeprosić, innych spytać jak się mają, niektórych mogłabym wysłuchać. Gdy jest się daleko, tęskni się do wielu rzeczy, które kiedyś wydawały się nieatrakcyjne.
Czasami, z upływem czasu, stają się jakoś ciekawe, interesujące. Ludzie się tacy robią.
Dorastamy każdego dnia. Dojrzewamy w sobie.
A może napisać wiadomość przez dobrodzieja Facebooka do dawno niewidzianej koleżanki?
Jak myślisz, umiesz wyobrazić sobie, jak się uśmiechnie, gdy ją odczyta? :-)
Powodzenia.
Odkrywajmy nie tylko świat. Odkrywajmy ludzi.
Wasza Ż.
Bywają dni, kiedy nie masz siły wyglądać "dobrze". Lub inaczej: dni, kiedy siłę masz, ale zupełnie nie widzisz sensu wyglądać inaczej niż zaraz po przebudzeniu. W sieci takie dni nazywane są zazwyczaj "Lazy day", "Bad hair day"... Spróbujmy to jakoś połączyć i stwórzmy... Luz-Blues Day!
BAD HAIR DAY...
To nic innego, jak dzień złego włosa. Wstajemy, podchodzimy do lustra i widzimy, że nic z tego nie będzie. Włosy odmawiają posłuszeństwa - sterczą, puszą się, są tłuste lub oklapnięte. Nieważne. Są takie, jakie być nie powinny. Jednakże są.
Tyle dobrego, jeśli Dzień Złego Włosa zdarza się w niedzielę lub dzień zupełnie wolny od widoku gapiów. Gorzej, jeśli mamy tego dnia szałowe wyjście lub wyczekiwaną randkę.
Skupmy się jednak na dniu, w którym lodówka jest pełna, a Ty wiesz, że jedyną osobą, jaką dzisiaj ujrzysz, jesteś Ty sama. Ewentualnie mąż, który Cię bardzo kocha lub dzieci, które nie widzą takich rzeczy.
Zacznijmy od początku: budzisz się, przeciągasz. Podchodzisz do lustra i widzisz siano na głowie. Nie masz żadnych prezentacji tego dnia, więc co robisz? Spinasz wszystko w kok, warkocz, kitę i uśmiechnięta idziesz zaparzyć sobie kawę. Proste? Proste. A biorąc pod uwagę możliwości spięć włosów, jakie można znaleźć na youtube'owych tutorialach, nawet w złych włosach możesz wyglądać oszałamiająco!
NO MAKEUP DAY...
Był moment, kiedy w sieci zawrzało bardziej. Na światło dzienne wypłynęły zdjęcia gwiazd bez makijażu, bez podkładu nawet! Wypryski, cienie pod oczami, szara cera, oczy bez wyrazu... Okazało się, że te problemy spotykają także gwiazdy wielkiego formatu!
Z początku lekko wyśmiewane, trochę potępiane, a później... akceptowane i podziwiane! Makijaże typu "No-makeup" stały się pożądane i choć są trochę oszukane (bo przecież używamy kosmetyków, nie zostawiamy twarzy tak jak ją stworzono), kultywowane są po dziś dzień. Co niektórzy szczycą się, że ich cera nie potrzebuje żadnych specyfików, inni zaczynają bardziej dbać o siebie.
Dzień bez makijażu warto zrobić sobie chociaż raz w tygodniu. Wiesz, że nigdzie nie wyjdziesz? Nikt Cię nie zobaczy? Nie maluj się, nie usztuczniaj.
Poza tym doceń siebie, swoje rysy. Spróbuj pobyć z sobą ten jeden dzień, bez zmieniania swojej natury. Jutro już wyciągnij tusz, kredkę i korektor. Spójrz na siebie przez pryzmat swojego dobra - sztuczne i "grube" makijaże już naprawdę nie robią dobrego wrażenia.
LAZY DAY...
Co ma piernik do wiatraka? Tutaj ma, bo lazy day można krótko przetłumaczyć jako Dzień Lenia. Tego dnia, cudownego dnia, nie masz sił, chęci lub zwyczajnej ochoty na wyglądanie jak księżna, czy seksi mamuśka. Tego dnia nie czepiasz się siebie, a akceptacja Twojego wyglądu sięga miliona procent.
Nieułożone włosy? Spiąć je!
Pełna szafa, z której znów nie wiesz co na siebie włożyć? Zostajesz w piżamie!
Kolejny wyprysk na twarzy i cienie pod oczami? A niech skóra odpocznie!
Ty dziś, w Dzień Lenia, uświadamiasz sobie, że nie musisz nic.
Twoje włosy mogą być okiełznane gumką, oczy niepomalowane, cera oddychająca bez podkładu, a rozciągnięte gacie i skarpety mogą cieszyć się wolnością tego właśnie dnia. Czas mija wolniej, Ty masz czas na zrobienie sobie kawy, patrzenie w sufit czy w końcu przeczytanie rozdziału z książki, która już zarastała kurzem.
NA CO KOMU TAKIE DNI?
Widzę teraz stadko pań, które z oburzeniem i wybałuszonymi oczami nie dowierzają mym słowom. Źle wyglądać i jeszcze świadomie sobie na to pozwalać? No way!
Ja jednak, z całą odpowiedzialnością, powiem z dumnie podniesioną brodą: TAK.
Pozwalać sobie się zapuszczać, obrastać ciepłem koca, a wieczorem zmywać z siebie tylko stary naskórek. Pozwolić sobie na dzień resetu, kiedy nie interesuje Cię to, co powie mama, chłopak, dziewczyna, ksiądz.
Czas na odpoczynek od biegania za współczesnym kanonem piękna przydaje się bardziej, niż myślisz. Nawet nie wiesz, jak mimowolnie akceptujesz siebie i dajesz odpocząć swojemu ciału i duchowi. Stres powodowany czasem oceną innych ludzi, gdzieś idzie w niepamięć, a samoocena rośnie, bo w końcu zrobiłaś coś dla siebie. Choć w sumie nie zrobiłaś nic.
LUZ-BLUES DAY za 4... 3... 2...
Weekend jest świetnym czasem na odpuszczenie sobie grzechów "niewyglądania". Tłuste włosy, pryszcze, piżama party przez cały dzień... Można się zaperzyć "To nie wypada!". Tylko komu nie wypada? Tobie nie wypada? Dlaczego niby?
Gwiazdy chodzą bez makijażu, z tłustymi włosami, a Ty nie możesz?
Podobno w Anglii wychodzi się do sklepu po bułki w papciach i szlafroku, a w Nowym Jorku nawet jeśli założysz na głowę stringi, to nikt nie zwróci na Ciebie uwagi. Czy oni nie są panami samego siebie?
Inny przykład. Mężczyźni. Naprawdę myślisz, że oni stoją przed lustrem i myślą o tym, czy kobieta z kiosku i znajoma mamy dobrze ich oceni? Nie! Domyślam się, że 90% z nich sprawdza rano, czy ma czyste ubranie, świeży oddech, pryska się antyperspirantem i wychodzi z domu! No, ewentualnie nakładają żel na włosy. Chyba, że są biznesmenami i muszą wyglądać. Ale pomijam przymus w tej rachubie. Faceci mogą, a kobiety to już nie?
Instagram czasami hula od hasztagów "#lazyday" i wszyscy lubią, komentują i "też by chcieli".
Przestań chcieć. Miej.
Nie potrzebujesz do tego ni-cze-go.
Wstań, weź głęboki oddech i zabierz się za przyjemności. Lub nie rób nic.
Pozdrawiam z mojego Luz-Blues Dnia: bez makijażu, w kitce, bez stanika, w luźnej sukience i papciach.
Ż.
BAD HAIR DAY...
To nic innego, jak dzień złego włosa. Wstajemy, podchodzimy do lustra i widzimy, że nic z tego nie będzie. Włosy odmawiają posłuszeństwa - sterczą, puszą się, są tłuste lub oklapnięte. Nieważne. Są takie, jakie być nie powinny. Jednakże są.
Tyle dobrego, jeśli Dzień Złego Włosa zdarza się w niedzielę lub dzień zupełnie wolny od widoku gapiów. Gorzej, jeśli mamy tego dnia szałowe wyjście lub wyczekiwaną randkę.
Skupmy się jednak na dniu, w którym lodówka jest pełna, a Ty wiesz, że jedyną osobą, jaką dzisiaj ujrzysz, jesteś Ty sama. Ewentualnie mąż, który Cię bardzo kocha lub dzieci, które nie widzą takich rzeczy.
Zacznijmy od początku: budzisz się, przeciągasz. Podchodzisz do lustra i widzisz siano na głowie. Nie masz żadnych prezentacji tego dnia, więc co robisz? Spinasz wszystko w kok, warkocz, kitę i uśmiechnięta idziesz zaparzyć sobie kawę. Proste? Proste. A biorąc pod uwagę możliwości spięć włosów, jakie można znaleźć na youtube'owych tutorialach, nawet w złych włosach możesz wyglądać oszałamiająco!
NO MAKEUP DAY...
Był moment, kiedy w sieci zawrzało bardziej. Na światło dzienne wypłynęły zdjęcia gwiazd bez makijażu, bez podkładu nawet! Wypryski, cienie pod oczami, szara cera, oczy bez wyrazu... Okazało się, że te problemy spotykają także gwiazdy wielkiego formatu!
Z początku lekko wyśmiewane, trochę potępiane, a później... akceptowane i podziwiane! Makijaże typu "No-makeup" stały się pożądane i choć są trochę oszukane (bo przecież używamy kosmetyków, nie zostawiamy twarzy tak jak ją stworzono), kultywowane są po dziś dzień. Co niektórzy szczycą się, że ich cera nie potrzebuje żadnych specyfików, inni zaczynają bardziej dbać o siebie.
Dzień bez makijażu warto zrobić sobie chociaż raz w tygodniu. Wiesz, że nigdzie nie wyjdziesz? Nikt Cię nie zobaczy? Nie maluj się, nie usztuczniaj.
Poza tym doceń siebie, swoje rysy. Spróbuj pobyć z sobą ten jeden dzień, bez zmieniania swojej natury. Jutro już wyciągnij tusz, kredkę i korektor. Spójrz na siebie przez pryzmat swojego dobra - sztuczne i "grube" makijaże już naprawdę nie robią dobrego wrażenia.
LAZY DAY...
Co ma piernik do wiatraka? Tutaj ma, bo lazy day można krótko przetłumaczyć jako Dzień Lenia. Tego dnia, cudownego dnia, nie masz sił, chęci lub zwyczajnej ochoty na wyglądanie jak księżna, czy seksi mamuśka. Tego dnia nie czepiasz się siebie, a akceptacja Twojego wyglądu sięga miliona procent.
Nieułożone włosy? Spiąć je!
Pełna szafa, z której znów nie wiesz co na siebie włożyć? Zostajesz w piżamie!
Kolejny wyprysk na twarzy i cienie pod oczami? A niech skóra odpocznie!
Ty dziś, w Dzień Lenia, uświadamiasz sobie, że nie musisz nic.
Twoje włosy mogą być okiełznane gumką, oczy niepomalowane, cera oddychająca bez podkładu, a rozciągnięte gacie i skarpety mogą cieszyć się wolnością tego właśnie dnia. Czas mija wolniej, Ty masz czas na zrobienie sobie kawy, patrzenie w sufit czy w końcu przeczytanie rozdziału z książki, która już zarastała kurzem.
NA CO KOMU TAKIE DNI?
Widzę teraz stadko pań, które z oburzeniem i wybałuszonymi oczami nie dowierzają mym słowom. Źle wyglądać i jeszcze świadomie sobie na to pozwalać? No way!
Ja jednak, z całą odpowiedzialnością, powiem z dumnie podniesioną brodą: TAK.
Pozwalać sobie się zapuszczać, obrastać ciepłem koca, a wieczorem zmywać z siebie tylko stary naskórek. Pozwolić sobie na dzień resetu, kiedy nie interesuje Cię to, co powie mama, chłopak, dziewczyna, ksiądz.
Czas na odpoczynek od biegania za współczesnym kanonem piękna przydaje się bardziej, niż myślisz. Nawet nie wiesz, jak mimowolnie akceptujesz siebie i dajesz odpocząć swojemu ciału i duchowi. Stres powodowany czasem oceną innych ludzi, gdzieś idzie w niepamięć, a samoocena rośnie, bo w końcu zrobiłaś coś dla siebie. Choć w sumie nie zrobiłaś nic.
LUZ-BLUES DAY za 4... 3... 2...
Weekend jest świetnym czasem na odpuszczenie sobie grzechów "niewyglądania". Tłuste włosy, pryszcze, piżama party przez cały dzień... Można się zaperzyć "To nie wypada!". Tylko komu nie wypada? Tobie nie wypada? Dlaczego niby?
Gwiazdy chodzą bez makijażu, z tłustymi włosami, a Ty nie możesz?
Podobno w Anglii wychodzi się do sklepu po bułki w papciach i szlafroku, a w Nowym Jorku nawet jeśli założysz na głowę stringi, to nikt nie zwróci na Ciebie uwagi. Czy oni nie są panami samego siebie?
Inny przykład. Mężczyźni. Naprawdę myślisz, że oni stoją przed lustrem i myślą o tym, czy kobieta z kiosku i znajoma mamy dobrze ich oceni? Nie! Domyślam się, że 90% z nich sprawdza rano, czy ma czyste ubranie, świeży oddech, pryska się antyperspirantem i wychodzi z domu! No, ewentualnie nakładają żel na włosy. Chyba, że są biznesmenami i muszą wyglądać. Ale pomijam przymus w tej rachubie. Faceci mogą, a kobiety to już nie?
Instagram czasami hula od hasztagów "#lazyday" i wszyscy lubią, komentują i "też by chcieli".
Przestań chcieć. Miej.
Nie potrzebujesz do tego ni-cze-go.
Wstań, weź głęboki oddech i zabierz się za przyjemności. Lub nie rób nic.
Pozdrawiam z mojego Luz-Blues Dnia: bez makijażu, w kitce, bez stanika, w luźnej sukience i papciach.
Ż.













