Praca w szkole łatwą nie jest. Szczególnie wtedy, gdy wypadają dni, w których ja się produkuję, daję z siebie, ile mogę, a uczniowie współpracować nie chcą. Kiepsko jest też wtedy, gdy przygotuję się do zajęć, myślę, że będą świetne, a jednak efekty pracy są co najmniej... Słabe. Jak i dlaczego nie odpuszczać?
Na początku mojej zawodowej kariery starałam się przygotować do nauczania jak mogłam. Szukałam, rysowałam, czytałam... robiłam wszystko, co w mojej mocy, by jak najlepiej ogarnąć temat na lekcję i z fantastycznie przygotowanymi scenariuszami zajęć wchodziłam do klasy.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to, iż mam zaplanowane świetne pomysły, rewelacyjne gry i wywołujące totalne opadanie szczęki prace plastyczne do wykonania mogą być niczym!
Niczym zupełnie, marnością jakąś, która mija szybciej niż się zacznie dziać.
W czym tkwił mój problem? Wszak przygotowałam się, włożyłam masę starań, poświęciłam swój wolny czas...
Tylko jedno: nie wzięłam pod uwagę, że to nie jest ten dzień. To nie jest dzień na zabawę, bo pada za oknem. Dzień nie na prace plastyczne, bo już nikomu nie chce się machać ręką. Dzisiaj tego nie zrobię, bo moi uczniowie chcieliby po prostu poleżeć i pogadać.
Najgorzej jest, kiedy naprawdę wydaje mi się, że znalazłam coś naprawdę wow, a efekty jakie widzę są gorzej niż słabe. Dzieci mają to do siebie, że niezbyt potrafią udawać lub robić. Jak im się nie chce malować, to babrają farbami i nawet nie sugerują się schematem, jak to ma być wykonane.
Widząc ten całkowity olew mojej osoby i zajęć, które wymyśliłam, ręce opadały. To naprawdę załamujące, bo chciałam, by wyszły fajne i ładne prace, a powiedzmy, połowa nie nadawała się do ujrzenia światła dziennego. Niestety, jestem tym rodzajem nauczyciela, który stara się poznać możliwości dzieci i wymaga więcej, nigdy mniej. Tym większe było rozczarowanie, gdy widziałam, co się tworzy.
Ale już się nauczyłam. Mój wolny czas jest moim wolnym czasem.
Takim, który bezpowrotnie nie wróci.
Dalej szukam inspiracji, ale nie spinam się. Szukam kilka, by szybko zmienić tor, jeśli zobaczę, że coś nie idzie. Jednak teraz staram się bardziej żyć, niż pracować.
Co z tą wiedzą można zrobić?
Otóż.
Domyślam się, że w Twoim życiu były tysiące sytuacji, w których starałaś się jak mogłaś (/eś/eś), ale nagrodą dla Twojej pracy i zaangażowania była krytyka, rozczarowanie, niechęć albo kompletne pominięcie.
Rodzice wciąż grożą palcem, szef patrzy obrażony bez powodu, a małżonek nadal wybrzydza zupę.
Starasz się, nie masz z tego nic, jaki wniosek?
Dać sobie spokój?
Nie ma korzyści - nie ma roboty, proste!
PROSTE?
Zastanów się, ile jest w Twojej głowie marzeń.
Gdy nie ma ich zbyt wiele, to nie ma tematu. Gdy już są, sprawy nabierają rumieńców. Bo nie dostaniesz ich, jeśli nie ruszysz się do działania.
A teraz szybka zmiana toku myślenia.
W sumie nie mam zamiaru motywować Cię do zabrania życia w swoje ręce. Kreowania swojej rzeczywistości tak jak chcesz to Ty, a nie ktoś z zewnątrz.
To nie ten post.
Chcę Ci powiedzieć, że brak starań widać.
Dostałam dzisiaj prace dzieci zrobione na "odwal się". A szkoda, bo miały być prezentem. Choćbym nie wiem jak naciągała, to nie mogę powiedzieć "ok, zrobiłeś tak, bo na tyle cię stać. doceniam starania". Nie. Nie widać starań na kartce, na której naklejono trzy kwiatki i cekin po to, by gadać i zrobić sobie wolne.
Brak zaangażowania naprawdę widać i szkoda, że czasem nie zdajemy sobie sprawy, jak przykro może być komuś, kto to zauważy. Jeszcze gorzej, gdy zauważy i kocha Cię tak bardzo, że udaje jak bardzo się cieszy z tego, co zrobisz.
Można się usprawiedliwiać mówiąc: "Ale przecież się starałam!".
Jednak czyny nie zawsze idą za słowami.
Na początku mojej zawodowej kariery starałam się przygotować do nauczania jak mogłam. Szukałam, rysowałam, czytałam... robiłam wszystko, co w mojej mocy, by jak najlepiej ogarnąć temat na lekcję i z fantastycznie przygotowanymi scenariuszami zajęć wchodziłam do klasy.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to, iż mam zaplanowane świetne pomysły, rewelacyjne gry i wywołujące totalne opadanie szczęki prace plastyczne do wykonania mogą być niczym!
Niczym zupełnie, marnością jakąś, która mija szybciej niż się zacznie dziać.
W czym tkwił mój problem? Wszak przygotowałam się, włożyłam masę starań, poświęciłam swój wolny czas...
Tylko jedno: nie wzięłam pod uwagę, że to nie jest ten dzień. To nie jest dzień na zabawę, bo pada za oknem. Dzień nie na prace plastyczne, bo już nikomu nie chce się machać ręką. Dzisiaj tego nie zrobię, bo moi uczniowie chcieliby po prostu poleżeć i pogadać.
Najgorzej jest, kiedy naprawdę wydaje mi się, że znalazłam coś naprawdę wow, a efekty jakie widzę są gorzej niż słabe. Dzieci mają to do siebie, że niezbyt potrafią udawać lub robić. Jak im się nie chce malować, to babrają farbami i nawet nie sugerują się schematem, jak to ma być wykonane.
Widząc ten całkowity olew mojej osoby i zajęć, które wymyśliłam, ręce opadały. To naprawdę załamujące, bo chciałam, by wyszły fajne i ładne prace, a powiedzmy, połowa nie nadawała się do ujrzenia światła dziennego. Niestety, jestem tym rodzajem nauczyciela, który stara się poznać możliwości dzieci i wymaga więcej, nigdy mniej. Tym większe było rozczarowanie, gdy widziałam, co się tworzy.
Ale już się nauczyłam. Mój wolny czas jest moim wolnym czasem.
Takim, który bezpowrotnie nie wróci.
Dalej szukam inspiracji, ale nie spinam się. Szukam kilka, by szybko zmienić tor, jeśli zobaczę, że coś nie idzie. Jednak teraz staram się bardziej żyć, niż pracować.
Co z tą wiedzą można zrobić?
Otóż.
Domyślam się, że w Twoim życiu były tysiące sytuacji, w których starałaś się jak mogłaś (/eś/eś), ale nagrodą dla Twojej pracy i zaangażowania była krytyka, rozczarowanie, niechęć albo kompletne pominięcie.
Rodzice wciąż grożą palcem, szef patrzy obrażony bez powodu, a małżonek nadal wybrzydza zupę.
Starasz się, nie masz z tego nic, jaki wniosek?
Dać sobie spokój?
Nie ma korzyści - nie ma roboty, proste!
PROSTE?
Zastanów się, ile jest w Twojej głowie marzeń.
Gdy nie ma ich zbyt wiele, to nie ma tematu. Gdy już są, sprawy nabierają rumieńców. Bo nie dostaniesz ich, jeśli nie ruszysz się do działania.
A teraz szybka zmiana toku myślenia.
W sumie nie mam zamiaru motywować Cię do zabrania życia w swoje ręce. Kreowania swojej rzeczywistości tak jak chcesz to Ty, a nie ktoś z zewnątrz.
To nie ten post.
Chcę Ci powiedzieć, że brak starań widać.
Dostałam dzisiaj prace dzieci zrobione na "odwal się". A szkoda, bo miały być prezentem. Choćbym nie wiem jak naciągała, to nie mogę powiedzieć "ok, zrobiłeś tak, bo na tyle cię stać. doceniam starania". Nie. Nie widać starań na kartce, na której naklejono trzy kwiatki i cekin po to, by gadać i zrobić sobie wolne.
Brak zaangażowania naprawdę widać i szkoda, że czasem nie zdajemy sobie sprawy, jak przykro może być komuś, kto to zauważy. Jeszcze gorzej, gdy zauważy i kocha Cię tak bardzo, że udaje jak bardzo się cieszy z tego, co zrobisz.
Można się usprawiedliwiać mówiąc: "Ale przecież się starałam!".
Jednak czyny nie zawsze idą za słowami.
Oby więcej dobrych starań. Tyle na dzisiaj:)
Czy nie wydaje się Wam, że kobiecość, jak nigdy, nie jest doceniana? Bycie damą odeszło gdzieś do lamusa, a słowo "szarmancja" zdaje się być bliżej niewyjaśnionym zjawiskiem. Dokąd to zmierza?
![]() |
| Niebo jest dla wszystkich, prawda? |
Półtora roku przygotowań. Trochę kłótni i stresu. Zaskoczenia, emocje i zero czasu na cokolwiek. To było przed ślubem. Nadal próbuję złapać oddech.
ŁATWO NIE BYŁO!
Nie myślcie sobie, że czas przed ślubem był radosnym oczekiwaniem, drżeniem serc i niespokojnym odliczaniem dni. Były nerwy, kłótnie, załamania, kiedy się chciało rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady. Ciągle dochodziły do nas słuchy różnych opinii na temat tego, co planujemy, do tego nasza wizja nie zawsze spotykała się z aprobatą otoczenia, ale udało się!
Po małych kompromisach goście byli zadowoleni (przynajmniej tak mówili), rodzice szczęśliwi, a my zaliczyliśmy pewien etap życia, który ma otworzyć nam zupełnie nową drogę naszej egzystencji.
Jeśli planujesz ślub, lecz jeszcze nie poczyniłaś/eś żadnych kroków w tym kierunku i jesteś na samym organizacyjnym początku, dobrze radzę: nie oczekuj zbyt wiele.
Nie nastawiaj się, że będziesz z radością w sercu wyczekiwać tego dnia, w którym nie wiesz, co tak naprawdę się zdarzy. Stresów jest ogrom: nie taka pogoda, jakby się chciało, jednak nie taka fryzura, nie taki punktualny kierowca Waszego auta, nie takie oczko w pończochach i inne małe drobiazgi, od których można obgryźć paznokcie razem z palcami.
Przed ślubem także mamy solidną dawkę czynników stresogennych, np. zgranie dat, dylemat czy wybrać róże, czy lawendę? czy zaproszenia przyjdą na czas? zaprosić wujka z ciotką czy ciotkę z wujkiem? kupić wino czy tylko wódkę? zamówić udziec wieprza i sos czosnkowy, czy może wyrafinowaną kaczkę, której nikt nie zje?
Miliony pytań, mało odpowiedzi. Siada się i duma, rozkminia, decyduje.
Nie. Ślub nie jest łatwym orzechem do zgryzienia.
JAK PRZETRWAŁAM?
Kupiłam duże opakowanie ziołowych tabletek uspokajających. Powinnam teraz Wam podać, jakie dawki brałam, żeby w ten wielki dzień rączki się nie trzęsły, ale nie! Tabletki oddałam Arturowi, a ja sama nie denerwowałam się kompletnie niczym!
Tydzień przed ślubem zmieniłam plan mojej fryzury ślubnej i nie poszłam na czesanie próbne, a sam makijaż (też próbny) robiłam trzy dni wcześniej. W piątek zmieniliśmy piosenkę przygotowaną na pierwszy taniec, a kiedy już wszyscy znerwicowani trzęśli się przed wyjściem do kościoła, ja jadłam sernik. Nie przechwalając się: przysięgę powiedziałam bez zająknięcia, prawie z pamięci, aż ksiądz szepnął pod nosem: "O, jak pięknie!".
Tak, tak. Oto ja.
Półtora roku wyzywałam i klnęłam jak szewc, gdy ktoś komentował ślub.
Tego wielkiego dnia uśmiech nie schodził mi z twarzy, a ja nie odczuwałam żadnych... Powtarzam: żadnych! ścisków żołądka i napadów nerwicowych.
"NASZYMI MYŚLAMI TWORZYMY ŚWIAT"
Gdzieś kiedyś zasłyszałam. Uwielbiałam to sobie powtarzać. Przeinaczałam myśli, by były jak najmniej czarne. Nastawiałam je na tory z napisem: "pozytywne" i cieszyłam się życiem.
Później jakoś mi to przeszło, mantra gdzieś mi się zgubiła. Zanurkowałam w świat dorosłości i odpuściłam tresowanie myśli.
Teraz przypominam sobie, jak wiele jest prawdy w tych słowach.
Pamiętam, jak tworzyłam życzenia do świata. To, czego chciałam, tworzyłam najpierw w głowie. Wymyślałam kolory, tworzyłam obrazy. Później je nazywałam i wypowiadałam na głos. Wierzyłam w nie. Nie trzymałam się ich kurczowo, tylko puszczałam w przestrzeń. Podświadomie czekałam na to, aż przyjdą. Czułam to pod skórą, jednak nie myślałam o nich więcej.
Zawsze dostawałam to, czego chciałam. Prędzej, czy później. Zawsze do mnie wracało.
Jak było tym razem?
Długi, długi czas przed ślubem kurczowo powtarzałam: "Chciałabym, żeby już było po wszystkim. Chciałabym świętego spokoju". To jednak nie były fajne myśli. Nakręcały mnie, nastawiały na to, by się męczyć i robić z siebie cierpiętnicę.
W końcu przyszła myśl: "I tak już niczego nie zmienię. Jeśli coś nie będzie miało się udać, to się nie uda."
"NASZYMI MYŚLAMI TWORZYMY ŚWIAT"
Gdzieś kiedyś zasłyszałam. Uwielbiałam to sobie powtarzać. Przeinaczałam myśli, by były jak najmniej czarne. Nastawiałam je na tory z napisem: "pozytywne" i cieszyłam się życiem.
Później jakoś mi to przeszło, mantra gdzieś mi się zgubiła. Zanurkowałam w świat dorosłości i odpuściłam tresowanie myśli.
Teraz przypominam sobie, jak wiele jest prawdy w tych słowach.
Pamiętam, jak tworzyłam życzenia do świata. To, czego chciałam, tworzyłam najpierw w głowie. Wymyślałam kolory, tworzyłam obrazy. Później je nazywałam i wypowiadałam na głos. Wierzyłam w nie. Nie trzymałam się ich kurczowo, tylko puszczałam w przestrzeń. Podświadomie czekałam na to, aż przyjdą. Czułam to pod skórą, jednak nie myślałam o nich więcej.
Zawsze dostawałam to, czego chciałam. Prędzej, czy później. Zawsze do mnie wracało.
Jak było tym razem?
Długi, długi czas przed ślubem kurczowo powtarzałam: "Chciałabym, żeby już było po wszystkim. Chciałabym świętego spokoju". To jednak nie były fajne myśli. Nakręcały mnie, nastawiały na to, by się męczyć i robić z siebie cierpiętnicę.
W końcu przyszła myśl: "I tak już niczego nie zmienię. Jeśli coś nie będzie miało się udać, to się nie uda."
Chodziłam z nią spać dwa tygodnie. Spokojna. Dzięki niej mogłam bez nerwów zjeść drugie śniadanie i sernik przed wyjściem. Mogłam się po prostu cieszyć i przeżywać ten dzień, którego nikt nie pamięta (ja zapamiętałam każdą godzinę mojego ślubu i wesela).
NIE ZA CHŁODNO?
Może Was rozczarowałam, że nie jest to post piejący na temat cudownego wesela, ogromnego przeżycia i wielkiej radości, jaka na mnie spadła. Może powinnam pałać większym entuzjazmem, zachęcać Was do podjęcia podobnych kroków? Może komuś się wydawać, że nie zależało mi zupełnie na tym ślubie?
Nie, nie zależało mi na tej całej imprezie. Zależało mi, i nadal zależy, tylko i wyłącznie na Nim.
Dlaczego jeszcze tak spokojnie mi to przyszło?
Byłam (i jestem!) po prostu szczęśliwa. :-)
Ż.G.
P.S. Wam też życzę takiego szczęścia "na chłodno"!
NIE ZA CHŁODNO?
Może Was rozczarowałam, że nie jest to post piejący na temat cudownego wesela, ogromnego przeżycia i wielkiej radości, jaka na mnie spadła. Może powinnam pałać większym entuzjazmem, zachęcać Was do podjęcia podobnych kroków? Może komuś się wydawać, że nie zależało mi zupełnie na tym ślubie?
Nie, nie zależało mi na tej całej imprezie. Zależało mi, i nadal zależy, tylko i wyłącznie na Nim.
Dlaczego jeszcze tak spokojnie mi to przyszło?
Byłam (i jestem!) po prostu szczęśliwa. :-)
Ż.G.
P.S. Wam też życzę takiego szczęścia "na chłodno"!





