![]() |
| Niebo jest dla wszystkich, prawda? |
Półtora roku przygotowań. Trochę kłótni i stresu. Zaskoczenia, emocje i zero czasu na cokolwiek. To było przed ślubem. Nadal próbuję złapać oddech.
ŁATWO NIE BYŁO!
Nie myślcie sobie, że czas przed ślubem był radosnym oczekiwaniem, drżeniem serc i niespokojnym odliczaniem dni. Były nerwy, kłótnie, załamania, kiedy się chciało rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady. Ciągle dochodziły do nas słuchy różnych opinii na temat tego, co planujemy, do tego nasza wizja nie zawsze spotykała się z aprobatą otoczenia, ale udało się!
Po małych kompromisach goście byli zadowoleni (przynajmniej tak mówili), rodzice szczęśliwi, a my zaliczyliśmy pewien etap życia, który ma otworzyć nam zupełnie nową drogę naszej egzystencji.
Jeśli planujesz ślub, lecz jeszcze nie poczyniłaś/eś żadnych kroków w tym kierunku i jesteś na samym organizacyjnym początku, dobrze radzę: nie oczekuj zbyt wiele.
Nie nastawiaj się, że będziesz z radością w sercu wyczekiwać tego dnia, w którym nie wiesz, co tak naprawdę się zdarzy. Stresów jest ogrom: nie taka pogoda, jakby się chciało, jednak nie taka fryzura, nie taki punktualny kierowca Waszego auta, nie takie oczko w pończochach i inne małe drobiazgi, od których można obgryźć paznokcie razem z palcami.
Przed ślubem także mamy solidną dawkę czynników stresogennych, np. zgranie dat, dylemat czy wybrać róże, czy lawendę? czy zaproszenia przyjdą na czas? zaprosić wujka z ciotką czy ciotkę z wujkiem? kupić wino czy tylko wódkę? zamówić udziec wieprza i sos czosnkowy, czy może wyrafinowaną kaczkę, której nikt nie zje?
Miliony pytań, mało odpowiedzi. Siada się i duma, rozkminia, decyduje.
Nie. Ślub nie jest łatwym orzechem do zgryzienia.
JAK PRZETRWAŁAM?
Kupiłam duże opakowanie ziołowych tabletek uspokajających. Powinnam teraz Wam podać, jakie dawki brałam, żeby w ten wielki dzień rączki się nie trzęsły, ale nie! Tabletki oddałam Arturowi, a ja sama nie denerwowałam się kompletnie niczym!
Tydzień przed ślubem zmieniłam plan mojej fryzury ślubnej i nie poszłam na czesanie próbne, a sam makijaż (też próbny) robiłam trzy dni wcześniej. W piątek zmieniliśmy piosenkę przygotowaną na pierwszy taniec, a kiedy już wszyscy znerwicowani trzęśli się przed wyjściem do kościoła, ja jadłam sernik. Nie przechwalając się: przysięgę powiedziałam bez zająknięcia, prawie z pamięci, aż ksiądz szepnął pod nosem: "O, jak pięknie!".
Tak, tak. Oto ja.
Półtora roku wyzywałam i klnęłam jak szewc, gdy ktoś komentował ślub.
Tego wielkiego dnia uśmiech nie schodził mi z twarzy, a ja nie odczuwałam żadnych... Powtarzam: żadnych! ścisków żołądka i napadów nerwicowych.
"NASZYMI MYŚLAMI TWORZYMY ŚWIAT"
Gdzieś kiedyś zasłyszałam. Uwielbiałam to sobie powtarzać. Przeinaczałam myśli, by były jak najmniej czarne. Nastawiałam je na tory z napisem: "pozytywne" i cieszyłam się życiem.
Później jakoś mi to przeszło, mantra gdzieś mi się zgubiła. Zanurkowałam w świat dorosłości i odpuściłam tresowanie myśli.
Teraz przypominam sobie, jak wiele jest prawdy w tych słowach.
Pamiętam, jak tworzyłam życzenia do świata. To, czego chciałam, tworzyłam najpierw w głowie. Wymyślałam kolory, tworzyłam obrazy. Później je nazywałam i wypowiadałam na głos. Wierzyłam w nie. Nie trzymałam się ich kurczowo, tylko puszczałam w przestrzeń. Podświadomie czekałam na to, aż przyjdą. Czułam to pod skórą, jednak nie myślałam o nich więcej.
Zawsze dostawałam to, czego chciałam. Prędzej, czy później. Zawsze do mnie wracało.
Jak było tym razem?
Długi, długi czas przed ślubem kurczowo powtarzałam: "Chciałabym, żeby już było po wszystkim. Chciałabym świętego spokoju". To jednak nie były fajne myśli. Nakręcały mnie, nastawiały na to, by się męczyć i robić z siebie cierpiętnicę.
W końcu przyszła myśl: "I tak już niczego nie zmienię. Jeśli coś nie będzie miało się udać, to się nie uda."
"NASZYMI MYŚLAMI TWORZYMY ŚWIAT"
Gdzieś kiedyś zasłyszałam. Uwielbiałam to sobie powtarzać. Przeinaczałam myśli, by były jak najmniej czarne. Nastawiałam je na tory z napisem: "pozytywne" i cieszyłam się życiem.
Później jakoś mi to przeszło, mantra gdzieś mi się zgubiła. Zanurkowałam w świat dorosłości i odpuściłam tresowanie myśli.
Teraz przypominam sobie, jak wiele jest prawdy w tych słowach.
Pamiętam, jak tworzyłam życzenia do świata. To, czego chciałam, tworzyłam najpierw w głowie. Wymyślałam kolory, tworzyłam obrazy. Później je nazywałam i wypowiadałam na głos. Wierzyłam w nie. Nie trzymałam się ich kurczowo, tylko puszczałam w przestrzeń. Podświadomie czekałam na to, aż przyjdą. Czułam to pod skórą, jednak nie myślałam o nich więcej.
Zawsze dostawałam to, czego chciałam. Prędzej, czy później. Zawsze do mnie wracało.
Jak było tym razem?
Długi, długi czas przed ślubem kurczowo powtarzałam: "Chciałabym, żeby już było po wszystkim. Chciałabym świętego spokoju". To jednak nie były fajne myśli. Nakręcały mnie, nastawiały na to, by się męczyć i robić z siebie cierpiętnicę.
W końcu przyszła myśl: "I tak już niczego nie zmienię. Jeśli coś nie będzie miało się udać, to się nie uda."
Chodziłam z nią spać dwa tygodnie. Spokojna. Dzięki niej mogłam bez nerwów zjeść drugie śniadanie i sernik przed wyjściem. Mogłam się po prostu cieszyć i przeżywać ten dzień, którego nikt nie pamięta (ja zapamiętałam każdą godzinę mojego ślubu i wesela).
NIE ZA CHŁODNO?
Może Was rozczarowałam, że nie jest to post piejący na temat cudownego wesela, ogromnego przeżycia i wielkiej radości, jaka na mnie spadła. Może powinnam pałać większym entuzjazmem, zachęcać Was do podjęcia podobnych kroków? Może komuś się wydawać, że nie zależało mi zupełnie na tym ślubie?
Nie, nie zależało mi na tej całej imprezie. Zależało mi, i nadal zależy, tylko i wyłącznie na Nim.
Dlaczego jeszcze tak spokojnie mi to przyszło?
Byłam (i jestem!) po prostu szczęśliwa. :-)
Ż.G.
P.S. Wam też życzę takiego szczęścia "na chłodno"!
NIE ZA CHŁODNO?
Może Was rozczarowałam, że nie jest to post piejący na temat cudownego wesela, ogromnego przeżycia i wielkiej radości, jaka na mnie spadła. Może powinnam pałać większym entuzjazmem, zachęcać Was do podjęcia podobnych kroków? Może komuś się wydawać, że nie zależało mi zupełnie na tym ślubie?
Nie, nie zależało mi na tej całej imprezie. Zależało mi, i nadal zależy, tylko i wyłącznie na Nim.
Dlaczego jeszcze tak spokojnie mi to przyszło?
Byłam (i jestem!) po prostu szczęśliwa. :-)
Ż.G.
P.S. Wam też życzę takiego szczęścia "na chłodno"!
Ponoć są ludzie, którzy patrzą, a nie widzą. Słyszą, ale nie słuchają. Docierają do nich bodźce, jednak oni ich nie odbierają. Takich ludzi są MILIONY.
SZCZYT!
Przekonuję się o tym niejednokrotnie, jednak dziś nastąpiło tego apogeum. Wybrałam się na krótki spacer do sklepów. Apteka, rybny, piekarnia. Gdyby nie kolejka w aptece: pół godziny i byłabym w domu, zadowolona że kupiłam tylko tyle, ile faktycznie musiałam. Bez wydawania na "przydasie" lub stertę przekąsek, które zalegają szafy.
USZY!
Już na pierwszym przejściu dla pieszych do moich uszu dotarł sygnał karetki. Kierowcy czujni, rozglądają się. Odgłos coraz wyraźniejszy, już wiem, że pogotowie nadjedzie z naprzeciwka. Kierowcy też słyszą, bo pomimo tego, że sygnalizator informuje ich o zielonym, ruszają powoli i niepewnie po to, by zatrzymać się i przepuścić ratowników. Piękny obrazek, ale co się dzieje, kto go burzy?? Ano jakieś babsko, które również ma zielone i wchodzi na pasy. Idzie powoli, nie spieszy się. Karetka ustępuje jej pierwszeństwa i rusza dopiero w momencie, gdy ta przechodzi. Pomyślicie: wariatka, idiotka! Nie.
Pani się zasłuchała, muzyka w słuchawkach na uszach nią zawładnęła. Do tego stopnia, że nie dość, nie słyszała syren, to jeszcze przeszła przez te pasy udając, że nie widzi żółtego auta świecącego na niebiesko. Bezczelna.
OCZY!
Idę dalej, dziarskim krokiem. W aptece zatrzymuje mnie kolejka. Przede mną pięć osób. Czekam, one też czekają. I tu wkracza starszy pan, który w jednym momencie staje przy pierwszej osobie w kolejce. Nikt nie reaguje, tylko się rozgląda. Dajemy się nabrać: on się nie rozglądał, on się czaił! Ledwo babcia przy kasie zapłaciła, ten już krokiem Korzeniowskiego dobiega w jej miejsce i macha farmaceutce przed oczami receptą. Dziewczyna szuka mu leków, znalazła co chciał, lecz o innej nazwie. Wierzyć nie chciał, trochę jej pozwracał uwagi, ale w końcu stwierdzając, że "w żadnej aptece mu tego nie chcieli znaleźć!", odszedł nie kupując. Wrócił do kolejki. No chociaż tyle. Widział ludzi, dostrzegł, zareagował. Choć nie musiał się wpychać i robić złego pierwszego wrażenia.
HALLO! TU JESTEM!!
Wracam do domu. Mam krem, ryby, zmierzam po chleb. To samo przejście dla pieszych, te same światła drogowe. Dotykam przycisk, czekam. Obok mnie stoi kobieta dbająca o swoje zdrowie. Ubrana dość sportowo, plecak na ramionach, sandały "Jezuski", włosy krótko strzyżone. Siwe zupełnie. BIIIP BIIIP! Krzyczy do nas, że mamy ruszać. To ruszamy. Ja swoim torem, ona... trochę swoim, ale już bardziej moim, i jeszcze bardziej... Prawię się zatrzymuję, by ją przepuścić, skoro na pasach zachciało jej iść skosem, a nie prostym krokiem. Pierwszy rzut oka: słuchawki??! Nieee, nie ma. Okulary nonszalancko na głowie - widocznie tylko do czytania. Widzi, słyszy, co jest grane? Ano pani szła na drugą stronę, przecinając moją drogę zyskała sobie te 20 cm mniej do przejścia na chodniku. Do tego grzebała w paznokciach udając, że nie widzi mnie na swoim nowo wybranym kierunku.
APEL.
Ludzie. Zginiecie kiedyś.
Pod kołami, pod stopami. Nie widzicie, nie słyszycie.
Rozumiem, że dumanie i medytacje są dobre. Warto zastanawiać się nad swoim życiem, przeżywać tu i teraz, oddawać się muzyce, patrzeć na kwiaty itp. Idąc można kontemplować życie, oddawać się samorozwojowi, mieć chwilę dla siebie.
Tak! Dbajcie o siebie. Walczcie o swoje, jeśli musicie. Jednak nie róbcie tego kosztem innych. Ja w tej kolejce czekałam. Karetka się zatrzymała. Zatrzymałam się, by ją przepuścić.
A gdyby zakończenia tych historyjek miały być totalną odwrotnością?
Ktoś z kolejki nakrzyczał na mężczyznę. Karetka przejechała kobietę na pasach. Wpadłam na babkę, przy okazji ją taranując.
Uważajmy na siebie. Bądźmy odpowiedzialni za innych.
A jeśli nadal kogoś nie przekonuję: odsyłam na seans programu Betlejewskiego.
Ludzkie odruchy są fajne.
Powodzenia!
Patrz i słuchaj, żyj tutaj!
Żanet.
SZCZYT!
Przekonuję się o tym niejednokrotnie, jednak dziś nastąpiło tego apogeum. Wybrałam się na krótki spacer do sklepów. Apteka, rybny, piekarnia. Gdyby nie kolejka w aptece: pół godziny i byłabym w domu, zadowolona że kupiłam tylko tyle, ile faktycznie musiałam. Bez wydawania na "przydasie" lub stertę przekąsek, które zalegają szafy.
USZY!
Już na pierwszym przejściu dla pieszych do moich uszu dotarł sygnał karetki. Kierowcy czujni, rozglądają się. Odgłos coraz wyraźniejszy, już wiem, że pogotowie nadjedzie z naprzeciwka. Kierowcy też słyszą, bo pomimo tego, że sygnalizator informuje ich o zielonym, ruszają powoli i niepewnie po to, by zatrzymać się i przepuścić ratowników. Piękny obrazek, ale co się dzieje, kto go burzy?? Ano jakieś babsko, które również ma zielone i wchodzi na pasy. Idzie powoli, nie spieszy się. Karetka ustępuje jej pierwszeństwa i rusza dopiero w momencie, gdy ta przechodzi. Pomyślicie: wariatka, idiotka! Nie.
Pani się zasłuchała, muzyka w słuchawkach na uszach nią zawładnęła. Do tego stopnia, że nie dość, nie słyszała syren, to jeszcze przeszła przez te pasy udając, że nie widzi żółtego auta świecącego na niebiesko. Bezczelna.
OCZY!
Idę dalej, dziarskim krokiem. W aptece zatrzymuje mnie kolejka. Przede mną pięć osób. Czekam, one też czekają. I tu wkracza starszy pan, który w jednym momencie staje przy pierwszej osobie w kolejce. Nikt nie reaguje, tylko się rozgląda. Dajemy się nabrać: on się nie rozglądał, on się czaił! Ledwo babcia przy kasie zapłaciła, ten już krokiem Korzeniowskiego dobiega w jej miejsce i macha farmaceutce przed oczami receptą. Dziewczyna szuka mu leków, znalazła co chciał, lecz o innej nazwie. Wierzyć nie chciał, trochę jej pozwracał uwagi, ale w końcu stwierdzając, że "w żadnej aptece mu tego nie chcieli znaleźć!", odszedł nie kupując. Wrócił do kolejki. No chociaż tyle. Widział ludzi, dostrzegł, zareagował. Choć nie musiał się wpychać i robić złego pierwszego wrażenia.
HALLO! TU JESTEM!!
Wracam do domu. Mam krem, ryby, zmierzam po chleb. To samo przejście dla pieszych, te same światła drogowe. Dotykam przycisk, czekam. Obok mnie stoi kobieta dbająca o swoje zdrowie. Ubrana dość sportowo, plecak na ramionach, sandały "Jezuski", włosy krótko strzyżone. Siwe zupełnie. BIIIP BIIIP! Krzyczy do nas, że mamy ruszać. To ruszamy. Ja swoim torem, ona... trochę swoim, ale już bardziej moim, i jeszcze bardziej... Prawię się zatrzymuję, by ją przepuścić, skoro na pasach zachciało jej iść skosem, a nie prostym krokiem. Pierwszy rzut oka: słuchawki??! Nieee, nie ma. Okulary nonszalancko na głowie - widocznie tylko do czytania. Widzi, słyszy, co jest grane? Ano pani szła na drugą stronę, przecinając moją drogę zyskała sobie te 20 cm mniej do przejścia na chodniku. Do tego grzebała w paznokciach udając, że nie widzi mnie na swoim nowo wybranym kierunku.
APEL.
Ludzie. Zginiecie kiedyś.
Pod kołami, pod stopami. Nie widzicie, nie słyszycie.
Rozumiem, że dumanie i medytacje są dobre. Warto zastanawiać się nad swoim życiem, przeżywać tu i teraz, oddawać się muzyce, patrzeć na kwiaty itp. Idąc można kontemplować życie, oddawać się samorozwojowi, mieć chwilę dla siebie.
Tak! Dbajcie o siebie. Walczcie o swoje, jeśli musicie. Jednak nie róbcie tego kosztem innych. Ja w tej kolejce czekałam. Karetka się zatrzymała. Zatrzymałam się, by ją przepuścić.
A gdyby zakończenia tych historyjek miały być totalną odwrotnością?
Ktoś z kolejki nakrzyczał na mężczyznę. Karetka przejechała kobietę na pasach. Wpadłam na babkę, przy okazji ją taranując.
Uważajmy na siebie. Bądźmy odpowiedzialni za innych.
A jeśli nadal kogoś nie przekonuję: odsyłam na seans programu Betlejewskiego.
Ludzkie odruchy są fajne.
Powodzenia!
Patrz i słuchaj, żyj tutaj!
Żanet.
![]() |
| Rozejrzyj się dookoła i zobacz, jak może być pięknie! |
Żyjemy w czasach mody. Mody na Pokemony, mody na sport i zdrowie, mody na bycie piękną i zadbaną. Mody na bycie przy kasie i wydawanie jej, mody na selfie i mody na świetne jedzenie. Najlepiej takie, którego nie można znaleźć w sklepach i całkowicie eko lub wege.
Trudno jest się oprzeć panującej modzie, podczas gdy wszędzie jej pełno. Ludzie biegają i zaczyna gryźć Cię sumienie, że siedzisz na kanapie i gryziesz chipsy. Znajomi chwalą się ilością zdobytych Pokemonów - instalujesz aplikację. Dziewczyna, na której bardzo Ci zależy jest wegetarianką - Ty też się stajesz. A na boku, w łóżku pod kołdrą szybko zjadasz kiełbaskę.
Na marginesie: szkoda, że nie mody na czytanie. Może niektórym nalałoby się trochę oliwy do głów.
CO JA NA TO?
Przyznaję, szał na bycie eko i wege daje do myślenia. Wystarczy wejść w jeden link przekierowujący do strony buczącej o śmieciowym żarciu, jego wpływie na organizm, itp., itd., i już zapala się światełko. Może faktycznie coś w tym jest?
Owszem, zdarza mi się zwracać większą uwagę niż dotychczas na to, co jem. Czytam etykiety jogurtów, staram się unikać syropu glukozowo - fruktozowego. Jem więcej owoców (codziennie), staram się pić więcej wody.
Jem mało warzyw. I know it!!! Nie jestem na tyle naiwna, by sądzić, że surówka do obiadu lub plasterki pomidora na kanapce, to stanowczo za mało.
Warzywa są zdrowe, poprawiają w organizmie człowieka funkcjonowanie wszystkiego.
Można mnie spytać: to dlaczego nic z tym nie robisz, tylko brzęczysz się użalasz??
BYCIE WEGE - TRUDNA SPRAWA
Mój Przyszły Mąż jest typowym facetem. Warzywa dla niego mogłyby nie istnieć. Obiad bez mięsa raz w tygodniu, jaki staram się zrobić, jest jego małym dramatem, który znosi przez wzgląd na mnie.
Biję się jednak w pierś. Nie zrzucam winy na niego, nie, nie! Podziwiam ludzi, dla których cierpienie zwierząt, faszerowanie ich chemią lub inne powody, są wystarczającymi powodami na eliminację mięsa z diety. Ja wiem, mam świadomość tych samych powodów, jednak czasem oprzeć się nie mogę. Czuję, że nie potrzebuję jedzenia mięsa, jednak kiedy przygotowuję coś dla Artura, trudno mi nie zjeść. Chyba, że mi coś nie wyjdzie ;-)
Udaje mi się nie jeść szynek. Nie smakują mi. Żylaste, wyglądające jak papier, często bez zapachu. Niestety, nie wiem, gdzie w Kaliszu można dostać dobrą szynkę, a nie mam takiego parcia, by szukać w każdym możliwym mięsnym. To, co oferują nam w sklepach jako szynkę, w rzeczywistości koło szynki nawet nie leżało. Jest progres.
Trafiłam ostatnio na pewien filmik. Musicie go obejrzeć!
(dzięki temu zrozumiecie moje dalsze dumania)
Chyba daje do myślenia?
Oglądam go po raz drugi i jednego jestem pewna:
-już nie chcę zasmakować jagnięciny. Cielęciny też.
To jest jakieś małe, biedne stworzonko. Czyjeś zwierzęce dziecko. Gdybym mieszkała w kraju kanibalów, wolałabym, żeby mnie pożarto zamiast mojego dziecka. Owce pewnie też by wolały. Poza tym od razu przed oczami staje mi moja psina, mająca miesiąc, u mnie na kolanach, ledwo człapiąca prosto po mieszkaniu. Nie można jeść szczeniaczków i małych zwierzątek. W każdym razie ja nie chcę.
Koniny też nie zjem. Te zwierzęta wydają mi się inne, jakby z obcego wymiaru. Są symboliczne i zbyt majestatyczne. Dla mnie.
Swoją drogą, my, ludzie, dziwni jesteśmy.
Tacy się wielcy sobie wydajemy, a w rzeczywistości coś tu jest nie tak z naszą wielkością.
Umiemy prześcigać się w osiągnięciach, chwalić najnowszymi cudami techniki, odkryciami. Uznajemy się za lepszych od zwierząt, bo myślimy.
MYŚLIMY??
Nawet nie chce mi się wymieniać sytuacji, kiedy człowieczeństwo do człowieczeństwa nie jest podobne. Kiedy nie chce się wierzyć, że człowiek może z całym swym rozwiniętym mózgiem, dostępem do świetnych, dobrych informacji, kieruje się w życiu po prostu głupotą.
Kosmici faktycznie gdyby to zobaczyli, to zawołaliby o pomstę do nieba. Lub raczej Wszechświata.
Niszcząc siebie, niszczymy świat. Tylko ciężko mieć to ciągle na uwadze, skoro w naszym otoczeniu nie dzieje się nic niepokojącego. Nie widzimy wielu rzeczy, celowo są przed nami skrywane. Trudno wybrać dobrą drogę, podczas gdy jesteśmy zalewani wszechobecnym chłamem i kłamstwem.
Świadomość jest chyba jednak ważniejsza. Jest zbyt wiele treści pokroju zamieszczonego przeze mnie filmiku, by je zignorować. Pilnujmy się. Dla siebie samych.
A NA KONIEC...
Lubicie maca? Też lubię. Zastanawiam się, kiedy zacznę od niego świecić.
ZOBACZ, CO DZIEJE SIĘ Z HAMBOSZCZAKIEM PO 137 DNIACH!
Super, co nie?
Wiem, że nie stanę się wegetarianką w 100%, ale mam zamiar coś w swojej diecie zmienić. Jakieś rady dla początkujących? Może Wy też macie podobne dylematy lub wręcz przeciwnie? Piszcie!
Życzę Wam czegoś zdrowego dzisiejszego dnia.
Żanet.
Trudno jest się oprzeć panującej modzie, podczas gdy wszędzie jej pełno. Ludzie biegają i zaczyna gryźć Cię sumienie, że siedzisz na kanapie i gryziesz chipsy. Znajomi chwalą się ilością zdobytych Pokemonów - instalujesz aplikację. Dziewczyna, na której bardzo Ci zależy jest wegetarianką - Ty też się stajesz. A na boku, w łóżku pod kołdrą szybko zjadasz kiełbaskę.
Na marginesie: szkoda, że nie mody na czytanie. Może niektórym nalałoby się trochę oliwy do głów.
CO JA NA TO?
Przyznaję, szał na bycie eko i wege daje do myślenia. Wystarczy wejść w jeden link przekierowujący do strony buczącej o śmieciowym żarciu, jego wpływie na organizm, itp., itd., i już zapala się światełko. Może faktycznie coś w tym jest?
Owszem, zdarza mi się zwracać większą uwagę niż dotychczas na to, co jem. Czytam etykiety jogurtów, staram się unikać syropu glukozowo - fruktozowego. Jem więcej owoców (codziennie), staram się pić więcej wody.
Jem mało warzyw. I know it!!! Nie jestem na tyle naiwna, by sądzić, że surówka do obiadu lub plasterki pomidora na kanapce, to stanowczo za mało.
Warzywa są zdrowe, poprawiają w organizmie człowieka funkcjonowanie wszystkiego.
Można mnie spytać: to dlaczego nic z tym nie robisz, tylko brzęczysz się użalasz??
![]() |
| Źródło: https://pixabay.com/pl/warzywa-pomidory-papryka-czosnek-1212825/ |
BYCIE WEGE - TRUDNA SPRAWA
Mój Przyszły Mąż jest typowym facetem. Warzywa dla niego mogłyby nie istnieć. Obiad bez mięsa raz w tygodniu, jaki staram się zrobić, jest jego małym dramatem, który znosi przez wzgląd na mnie.
Biję się jednak w pierś. Nie zrzucam winy na niego, nie, nie! Podziwiam ludzi, dla których cierpienie zwierząt, faszerowanie ich chemią lub inne powody, są wystarczającymi powodami na eliminację mięsa z diety. Ja wiem, mam świadomość tych samych powodów, jednak czasem oprzeć się nie mogę. Czuję, że nie potrzebuję jedzenia mięsa, jednak kiedy przygotowuję coś dla Artura, trudno mi nie zjeść. Chyba, że mi coś nie wyjdzie ;-)
Udaje mi się nie jeść szynek. Nie smakują mi. Żylaste, wyglądające jak papier, często bez zapachu. Niestety, nie wiem, gdzie w Kaliszu można dostać dobrą szynkę, a nie mam takiego parcia, by szukać w każdym możliwym mięsnym. To, co oferują nam w sklepach jako szynkę, w rzeczywistości koło szynki nawet nie leżało. Jest progres.
Trafiłam ostatnio na pewien filmik. Musicie go obejrzeć!
(dzięki temu zrozumiecie moje dalsze dumania)
Chyba daje do myślenia?
Oglądam go po raz drugi i jednego jestem pewna:
-już nie chcę zasmakować jagnięciny. Cielęciny też.
To jest jakieś małe, biedne stworzonko. Czyjeś zwierzęce dziecko. Gdybym mieszkała w kraju kanibalów, wolałabym, żeby mnie pożarto zamiast mojego dziecka. Owce pewnie też by wolały. Poza tym od razu przed oczami staje mi moja psina, mająca miesiąc, u mnie na kolanach, ledwo człapiąca prosto po mieszkaniu. Nie można jeść szczeniaczków i małych zwierzątek. W każdym razie ja nie chcę.
Koniny też nie zjem. Te zwierzęta wydają mi się inne, jakby z obcego wymiaru. Są symboliczne i zbyt majestatyczne. Dla mnie.
Swoją drogą, my, ludzie, dziwni jesteśmy.
Tacy się wielcy sobie wydajemy, a w rzeczywistości coś tu jest nie tak z naszą wielkością.
Umiemy prześcigać się w osiągnięciach, chwalić najnowszymi cudami techniki, odkryciami. Uznajemy się za lepszych od zwierząt, bo myślimy.
MYŚLIMY??
Nawet nie chce mi się wymieniać sytuacji, kiedy człowieczeństwo do człowieczeństwa nie jest podobne. Kiedy nie chce się wierzyć, że człowiek może z całym swym rozwiniętym mózgiem, dostępem do świetnych, dobrych informacji, kieruje się w życiu po prostu głupotą.
Kosmici faktycznie gdyby to zobaczyli, to zawołaliby o pomstę do nieba. Lub raczej Wszechświata.
Niszcząc siebie, niszczymy świat. Tylko ciężko mieć to ciągle na uwadze, skoro w naszym otoczeniu nie dzieje się nic niepokojącego. Nie widzimy wielu rzeczy, celowo są przed nami skrywane. Trudno wybrać dobrą drogę, podczas gdy jesteśmy zalewani wszechobecnym chłamem i kłamstwem.
Świadomość jest chyba jednak ważniejsza. Jest zbyt wiele treści pokroju zamieszczonego przeze mnie filmiku, by je zignorować. Pilnujmy się. Dla siebie samych.
A NA KONIEC...
Lubicie maca? Też lubię. Zastanawiam się, kiedy zacznę od niego świecić.
ZOBACZ, CO DZIEJE SIĘ Z HAMBOSZCZAKIEM PO 137 DNIACH!
Super, co nie?
Wiem, że nie stanę się wegetarianką w 100%, ale mam zamiar coś w swojej diecie zmienić. Jakieś rady dla początkujących? Może Wy też macie podobne dylematy lub wręcz przeciwnie? Piszcie!
Życzę Wam czegoś zdrowego dzisiejszego dnia.
Żanet.





