Jak każdy szanujący się bloger, powinnam w tym momencie napisać ciepły wpis o zbliżających się Świętach. O prezentach, poradach na zgagę lub chociaż napisać przewodnik o tym, jak nie Zwariować w świątecznym szale. Napiszę. O tym, jak nie zwariować podczas rozmowy ze świeżo upieczoną mamą.
Mam dla Was małą anegdotkę z czasów, gdy wesoło kroczyłam sobie po korytarzach uczelni i kiedy to moim największym zmartwieniem była duża kolejka w punkcie ksero, a potrzebowałam notatek na wczoraj. Studia... Te moje były naprawdę fajne.
Na dniach doszłam do wniosku, że dom ma się tylko jeden. No, chyba że później wchodzi w grę ten wybudowany przez nas, ale nie mam takiego doświadczenia, nie dorobiłam się jeszcze, nie wiem. Dziś wpis sentymentalny.
Słyszymy, że kiedy w domu pojawi się dziecko, świat obraca się do góry nogami. Zmienia się całe życie. I tak jak tatusiowie mają szansę żyć jak przed zmajstrowaniem brzdąca, tak my - mamy - musimy się totalnie PRZEKWALIFIKOWAĆ.






