Nauczycielska dumka o dzieciach.

Żegnaj maju, witaj czerwcu! Całe życie odbierałam czerwiec jako miesiąc dzieci; w końcu zaczyna się ich świętem. Czerwiec jest miesiącem oczekiwania na wakacje, obowiązki szkolne znikają, a pogoda sprzyja zabawom i lenistwu.


Zawsze o tym tak myślałam. Do szkoły w tym czasie chodziło się jedynie towarzysko, by pospędzać jeszcze czas z koleżankami. Na nic zdały się nauczycielskie trudy, by skończyć wbijać nam resztę materiału w głowy i wysupłać jakieś dobre oceny na świadectwo. 

Przyznam szczerze - dziś, po drugiej stronie barykady - nie zmieniłam swojego podejścia. Jako nauczycielka czerwiec odpuszczam, skupiam się na relacjach i dobrym wspomnieniowo dobrnięciu do Końca Roku Szkolnego. Nie łudzę się, że moi uczniowie będą łaknąć wiedzy. 
Lubię to czerwcowe lenistwo, snucie wakacyjnych planów i lepsze poznawanie ucznia. Bo wtedy można. A nawet, powiedziałabym, trzeba!

CZERWIEC MIESIĄCEM DZIECI

Mój Artur wczoraj wspominał, że zawsze czekał z niecierpliwością na Dzień Dziecka. Choć nie dostawał prezentów ze snów, tylko raczej drobnostki, to i tak czekał.
My od mamy dostawaliśmy przybory wakacyjne: badminton, nową piłkę, basen - co roku musiał być nowy, bo żaden nie wytrzymywał sezonu bez pęknięć. A znowu razu jednego byłyśmy tak zafascynowane z siostrą nową piłką do nogi, że w ferworze gry trafiłyśmy w okno piwnicy. Zbite, ale upiekło nam się. W końcu to był Dzień Dziecka.

Pamiętam jednak, że dla mnie był to po prostu dzień, zwykły dzień. Choć w szkole spędzało się go zupełnie inaczej, niż zazwyczaj. Zawsze organizowany był Dzień Sportu. Rozgrywało się turnieje, biegano, skakano, coś tam jeszcze. Sama rzadko brałam udział w tego typu frajdach, bo nie byłam wybitną fanką sportu. Dziecko szło na drugi plan, a mogłoby się wydawać, że to szkoła, oświata, powinna w ten czas się przyłożyć w świętowanie tego dnia jakoś bardziej.
Dzień Dziecka powinien być jednak zwrócony na dzieci - jakieś ciekawe warsztaty, robienie tego, co sprawi im przyjemność, zabawy dla najmłodszych. Coś na wzór organizowanych festynów.

Wiejskie festyny... To było coś! Gdy będąc nastolatką mieszkałam na wsi, nie przeoczyłam chyba żadnego. Przede wszystkim dlatego, że często po owych festynach rozbijały się sceny, wchodził zespół i przygrywał do późnego wieczora. Takie potańcówki.
Chodziłyśmy na nie z siostrą, kuzynkami. Zawsze tylko po to, by się pokazać, by zobaczyć, czy miłość życia też przyszła i po to, by obgadać wszystkich wkoło. 
Rewia mody, wreszcie czas i okoliczności, by pokazać to i owo! Obowiązkowo białe spodnie albo mini, bluzeczka (najlepiej) odsłaniająca plecy, białe buty i najważniejsze - stringi!  Oczywiście na wszystko szła sportowa bluza, gdy zrobiło się trochę chłodniej. Często rzeczy kupione specjalnie na okazję festynu. 
Był lans, czuło, że się żyło w ten dzień. A później ile się komentowało, ile przeżywało... Kto był, z kim był, jak był... Szczytem festynowego szczęścia był taniec z jakimś niebrzydkim kolegą (bo wszyscy widzieli, że ma się branie). Gorzej, kiedy miłość życia cały wieczór rozmawiała z jakąś inną pannicą w stringach, a nie daj Boże, wolny taniec w ich wykonaniu... Jak emocjonalne były wtedy czasy...

DOLA NAUCZYCIELKI DZIECI MŁODSZYCH

Wracając do dzieci.
Tak się potoczyło, że mam ten zawód. Nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej. Z możliwością pracy w przedszkolach. Skończyłam studia, choć na początku wydawały mi się kompletną pomyłką. Poszłam na praktyki i doznałam olśnienia, że niczego innego w życiu robić bym nie mogła. 

Teraz do czegoś się przyznam. Nie jestem postrzeloną nauczycielką, która zaczytuje się w forach, szuka ciągle nowych pomysłów, kupuje miliony pomocy dydaktycznych i książek. Kiedyś, owszem, miałam ten etap, ale szło to kosztem kłótni z Arturem, brakiem czasu na życie pozaszkolne i odpuściłam. I świetnie, bo okazało się, że dzieci same wiele się uczą, jeśli im się na to pozwoli. Bez fury pomocy, przyrządów i drukowanych plakatów.
Często z uczniami robimy coś spontanicznie, z niczego, a jeśli jest fajna pogoda za oknem, to nie kisimy się w klasie, bo musimy zrobić te ćwiczenia, tylko korzystamy z lekcji na zewnątrz. Lub żyjemy. Nierzadko dawałam im wybór. By mieli okazję sami wybrać co chcą robić, jaki temat podjąć, bez odgórnego narzucania. Tyle w ramach małej spowiedzi.

Przypomniało mi się, jak jedna z wykładowczyń na studiach zastrzegła nam, że NIE WOLNO przytulać uczniów. Więcej! Nie wolno ich nawet pogłaskać, a jeśli już, to delikatnie zewnętrzną stroną dłoni, jakby sprawdzało się materiał na manekinie, czy nie drapie. Inaczej posądzą nas o molestowanie.

Biorąc jej słowa pod uwagę, jestem najgorszą nauczycielką na świecie.
Uwielbiam przytulać dzieci, szczególnie te najmłodsze. Zdarzyło mi się cmoknąć małego ucznia w paluszek, co tak bardzo bolał i miał "aua". Sama pozwalam się przytulać, jeśli przychodzi do mnie taka dziewczynka i widzę, że tego potrzebuje. Myślę wtedy: "Ty głupia, nieludzka profesorko... Srał Cię pies".


Mamy dzisiaj głupie czasy. Takie czasy, kiedy dziecko ma w domu najnowsze zabawki, najfajniejsze ubrania, masę sprzętu, ale nie ma bliskości rodziców, kontaktu z rodzeństwem. Relacje międzyludzkie gdzieś leżą i kwiczą, a my nauczyciele, często jesteśmy świadkami, jak tacy uczniowie nie radzą sobie z edukacją, kolegami i przede wszystkim: z samym sobą. I to nie jest tak, że my wypytujemy, dociekamy, co u kogo w domu się dzieje. Nie. Dzieci są coraz bardziej głodne czułości, przytulania, słuchania, a przede wszystkim: zwrócenia na siebie uwagi i obdarzenia czasem. Często same mówią o tym, co je boli, co je przerasta. Bez naszych pytań.
Najgorzej jednak, gdy zwraca się takiemu rodzicowi uwagę, a on z fochem. Bo to nie moja sprawa. To ja nie umiem nauczyć i poradzić sobie z jego niegrzecznym dzieckiem...

Oczywiście. Długo mówić i ubolewać.
W związku z tym gorzkim nawiązaniem dam Wam kilka historyjek z życia wziętych, które zmienią trochę nastrój. Pod ten Dzień Dziecka, bo one są fajne i wiele nas uczą. Tylko trzeba to umieć dostrzec. Zatrzymać się i dostrzec.

JAK TU DZIECKA NIE LUBIĆ...

...gdy wchodzi się do klasowej łazienki, a tam maluszek, lat 2 i kilka miesięcy, patrzy na Ciebie dużymi oczami i wiesz, że on chciał dobrze. Sam chciał zrobić kupkę, a że nie wyszło... Że kupka znalazła się na sedesie, płytkach, ubranku i pod bucikami... Jak nie lubić maluszka, który tak chciał pomóc, iż poświęcił cały swój wizerunek, byś tylko miała nad nim jak najmniej do roboty (a paradoksalnie wyszło jak najwięcej)?

...gdy rozmawiacie o uczuciach i jest już środa. Robicie rundkę o tym, kto jak się miewa. Jaki ma nastrój, co na niego wpływa. I ta siedmioletnia dziewczynka przyznaje się przed całą klasą, że w weekend rodzice bardzo, bardzo się pokłócili, a ona siedziała sama w pokoju i gdzieś to jeszcze w niej siedzi. Do teraz, a teraz jest środa. Nie przytul takiej małej i nie pociesz. Pogłaszcz ją wierzchem dłoni.

...gdy przychodzą maluchy, dają Ci wiecheć chwastów, bo nie rozróżniają, co jest kwiatem, a co nie, i z dumą oznajmiają, że to bukiet dla pani.


...gdy zabierasz klasę na zewnątrz, bo w klasie za gorąco, by wysiedzieć. Rozkładacie koce na trawie, patrzycie w niebo, gadacie o niczym. Ktoś kogoś goni, dziewczynki zbierają kwiatki na wianki. Wracacie do szkoły i słyszysz, że to był najlepszy dzień w ich życiu. A nie zrobiłaś w sumie nic wielkiego.

...gdy przychodzi na Twoje zajęcia mały rudzielec, w dużych okularach i z ogromem piegów na nosie. Wszystkie dzieci się z niej śmieją, parodiują jej ruchy, a ona stara się jak żadna inna zrobić to, co pokazujesz. I mówi Ci nieśmiało na korytarzu, że ćwiczy w domu. Ty nie pochwal, nie obejmij.

Mogłabym wymieniać i wymieniać. Wiele chwil chwytających za serce, choć te przykre też się zdarzają. I pomyśleć, że przepracowałam w zawodzie dopiero 5 lat... 

Dzieciaki są fajne. Są fajne, jeśli nie traktujemy ich jak dzieciaki. Gdy staramy się je poznać i dajemy im przestrzeń do bycia sobą. Nie wyręczamy, rozmawiamy trochę po dorosłemu, nie traktujemy ich z wyższością. Gdy traktujemy je fair, tak jakbyśmy sami chcieli być traktowani.

Każdy z nas jest dzieciakiem. Wymagającym uczuć, troski. A niby jesteśmy już dorośli, już tyle o życiu wiemy... Co dopiero te brzdące, potrzebujące nas przy każdym kroku w świat. Człowiek uczy się całe życie. Nie tylko wiedzy z książek, uczuć i emocji też.

Nie dajcie sobie tego nam, nauczycielom,
przypominać ;-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

INSTAGRAM

@zan.garczynska

Uwaga!

Wszelkie prawa zastrzeżone. Moje dumki są moją własnością, prywatne zdjęcia również. Skontaktuj się ze mną, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci do głowy coś skopiować lub podebrać!