Ideałem być...

Od dziecka miałam co do siebie wiele wymagań. Jako najstarsza z czwórki potomstwa zostałam obsypana oczekiwaniami do spełniania, choć nie mówiło się o tym głośno. Przeszły one na mnie, weszły uchem i wyszły paznokciem u stopy. I tak siedzą od małego.

Pamiętam pierwszą jedynkę, jaką dostałam z kartkówki. Matma, mnożenie... Znienawidziłam. To była czwarta klasa i nie miałam pojęcia, czym są kartkówki. Nie był to sprawdzian, więc machnęłam ręką, a później wyszło jak wyszło. Jedynka, krzyk mamy, zakaz telewizji i wina, że jestem kiepska.

Kiepska albo raczej: gorsza.

Zawsze tak to odbierałam. Nie pamiętam, bym czuła się doceniania za błachostki i za to, że zrobiłam jak umiałam. W pamiętniku też  tym ani słowa (a pierwszy założyłam w II klasie szkoły podstawowej). Tak czy owak, uczyłam się mimowolnie szukać między wierszami, obserwować mimikę innych, odgadywać co sobie myślą... i niestety porównywałam się do "ideału", w jakim inni mogliby mnie widzieć. Chciałam podpasować się, wywrzeć dobre wrażenie i zrobić wiele, by zaspokoić czyjeś oczekiwania.
Smutne, acz prawdziwe.
I nikt mi nie wmówi, że nie miał kiedyś podobnie...

Ciągnęło się to za mną długo długo... Aż nie dostałam największego z możliwych kopa w tyłek.
W pewnym momencie okazałam się tak wypłowiała z siebie, tak bardzo bezosobowa... Skrajnie szara, jak kameleon zmieniająca barwy w kolory każdej napotkanej twarzy. I koniec, nastoletnia miłość życia przeszła mi koło nosa, oczywiście nie wiadomo dlaczego..?
Pół roku załamania i płakania nad sobą, a później ciężka harówa, by się podnieść. I koniecznie! Nauczyć się zaprzestania myślenia o tym, co myślą o mnie inni!

Czy się udało, czy nie... Trudno stwierdzić. Oceny ludzi, których lubię zawsze odbijają się jakimś echem w środku mnie. Zazwyczaj ulatują. Niektóre jednak czas jakiś trwają we mnie. Z tą różnica, że nie próbuję już być dla nikogo idealna, wpisana w jego oczekiwania.

Napisałam to. Lepiej mi jakoś kiedy pomyślę o sobie kiedyś i dziś.
Robię to rzadko, bo wolę płynąć. Nie umiem jeszcze żyć absolutnie w tu i teraz, ale też nie wybiegam zbytnio w przyszłość, przeszłość wspominam jedynie, już nie przeżywam.

Staramy się być ideałami. Wpatrujemy się w coraz to nowe twarze, czytamy blogi, lajkujemy zdjęcia, słuchamy, oglądamy... Często zastanawiamy się "Ile mi do niej brakuje? A ile do niego?". Szkoda, że nikt od dziecka nie uczył nas myśleć "Ile jej lub jego brakuje do mnie?".
Szkoda, że nikt nie uczył nas pewności siebie oraz chęci do poznawania swojego ja.

Dobra myśl na pierwszy krok w stronę słońca: wsadź pod miotłę oczekiwania innych. Pochowaj je po kątach, wyrzuć za okno, spłucz w sedesie. Zrób co chcesz, tylko odpuść sobie.

Tak sobie mów, i ja sobie też tak mówię.


2 komentarze:

  1. "Odpuść sobie" - święte słowa. Bardzo osobisty wpis, ale na szczęście z happy endem ;) Tak trzymać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście ;-) Od dawna nie pisałam pamiętnika i wzięło mnie na szczerości przed samą sobą.. Pozdrawiam :)

      Usuń

INSTAGRAM

@zan.garczynska

Uwaga!

Wszelkie prawa zastrzeżone. Moje dumki są moją własnością, prywatne zdjęcia również. Skontaktuj się ze mną, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci do głowy coś skopiować lub podebrać!