Kilka słów o tu i teraz.

Ile razy w ciągu dnia grzeszysz? Grzeszysz w sposób dla siebie grzeszny - przeklniesz sobie, zeżresz ciastko z obliźnięciem, czy może nie pójdziesz do kościoła w niedzielę. Czy inne grzeszki, mniejsze lub większe, na jakie nas stać.

W piątek przerabiałam z dziećmi temat zdrowego odżywiania. Trele morele. Wciskam dzieciom, że jak płatki to tylko owsianka, pieczywo ino żytnie, codziennie ćwiczyć i cukru w ogóle, ani ziarenka!

Sama natomiast jeśli kupuję musli - tylko to z kawałkami czekolady. W nagrodę za ciężki dzień objadam się chipsami. Ćwiczyłam ostatnio... Dawno temu. Na swoją obronę powiem tylko tyle, że codzienne wychodzenie z psem wychodzi mi na jakieś 30 min, więc norma dziennego ruchu powiedzmy że naciągana, ale jest.

Fast foody? Jak najbardziej!
Smażone na tłuszczu? Proszę podać!
Cola na popitek? Oczywiście!

Uczę jednego, nie zwracając uwagi na siebie.

Dzisiaj dla takiego przykładu na drugie danie po serowej zupce usmażyłam sobie na gorącym olejku chlebek. Posypałam cukrem, poczekałam aż ostygnie. I zeżarłam. W trzech kęsach. Nawet mruknęłam przypominając sobie ten smak dzieciństwa, takiego baardzo odległego. Gdzieś siedział w zakamarkach pamięci tej dawnej, kiedy Mama nie zaczęła jeszcze być bardziej nowoczesna i nie robiła innych przekąsek. Bardziej złożonych, z kilku składników.

Tak właśnie. Usmażyłam, pocukrzyłam, zjadłam i mruknęłam.

W tym momencie powinna nastąpić litania skarg na samą siebie, biczowania się myślami i może nawet wymyślenie sobie pokuty jako zadośćuczynienie.

Ale nie, moi mili!

Zjadłam hipokrytycznie ten chleb mając w pamięci piramidę żywienia i tyle. Koniec historii.
Teraz siedzę sobie na kanapie, obejrzałam "Aż po sufit!" (jestem zachwycona) i piszę.

Nie rozmyślam nad grzechem dnia dzisiejszego, nie dobijam się tym, co zrobiłam. Nie skupiam się też nad tym, czy jutro może zamiast pszennej kanapki zjem za dzisiejszy cukier musli. A przed tym wybiorę z niego wszystkie czekoladowe kawałki.

Czy mogę powiedzieć, że żyję tu i teraz?

Pamiętam czas, w którym zaczynałam się krystalizować. Poznawać i nazywać siebie. Wytykać sobie wady i zalety. Czas, w którym intensywnie szukałam własnej drogi. Czytałam różne pisma, odrzuciłam, jakby nie patrzeć, niewygodne dla mnie aspekty wiary.
Jako licealistka byłam osobą dość silnie wierzącą. Codzienna modlitwa, niedzielne msze i comiesięczna spowiedź były mi wtedy w jakiś sposób potrzebne.
Później pojawiła się jakaś tam miłość, która po rozdarciu mnie na  małe emocjonalne gówna, zmieniła całe moje życie. Żeby te kupki pozbierać musiałam w naprawdę krótkim czasie jakoś się określić. Kościół nie pomógł. Milion pytań bez odpowiedzi.
Zero zwrócenia się w moją stronę. Powinnam wtedy była myśleć o innych, przebaczać i może jeszcze ubolewać nad grzechami, jakimi były przekleństwa w stronę tamtego gnojka, myśli o jego śmierci czy nawet wątpliwości co do Boga (tak, to też jest grzech - do spowiedzi marsz!).

Biegałam z forum do forum. Czytałam wikipedię, różne psychologiczne książki. Buddyzm w dużej mierze przypadł mi do gustu. Nie, nie jestem buddystką. Nie medytuję, nie czytam już tych ksiąg, nie wiem dokładnie już o co tam chodziło.
Jednak wizja siebie jako kreatora własnego życia była nader kusząca. Do tego studia z arteterapii. Pojmowanie siebie jako pępka świata, odkrywanie własnej wartości (na ten temat pisałam nawet pracę licencjacką).

Do rzeczy: tu i teraz. Trzy słowa, które wtedy odegrały kluczową rolę.
Odrzuciłam przeszłość, przestałam interesować się przyszłością. Otworzyłam oczy, zaczerpnęłam powietrza i... był to najlepszy czas w moim życiu.
To było mniej więcej tak, jak u człowieka, który tonie. Najpierw walczy, póki starczy mu sił. Niektórym się poszczęści - już na tym etapie pojmują jak, płyną i wynurzają się. Inni - tak jak ja - z sił opadają i odpuszczają. Spadają na dno. I można by było tam zostać.
Ale w arteterapii się nie da. Człowiek dobija do dna i już więcej nie może. Nie ma dna głębszego niż dno, więc trzeba się odbić.

Odbiłam się. Nawet nie wiem, kiedy.

Smakowałam życie, grzeszyłam jak chciałam i dobrze! Było mi cudnie!

Zastanawiałam się czasem w co wierzę, bo podobno trzeba coś wierzyć. Jednak nie umiałam na to odpowiedzieć.

Dla jednych - może to wyglądać jak życie z dnia na dzień, ale nie jest tak.

Od kiedy zaczęłam pracować, przestałam też zastanawiać się nad tym, czy dobrze robię. Nie mam na to czasu. Wolę pokontemplować chwilę. Wypić dobrą kawę, przytulić się, czy dłużej pospać.

Wiem na pewno, że żyję tu i teraz. Taaak, planuję - za rok ślub, wakacje też rezerwuję wcześniej. Rozpisuję sobie cały tydzień zajęć, by pracować zgodnie z wymaganiami Ministerstwa.

I to wszystko .

Przestałam rozmyślać o tym, co było wczoraj, czy dobrze się zachowałam, czy to, czy tamto...

Żyję chwilą, dla siebie i bez krzywdy dla innych.

Dziękuję. Koniec historii.

Powodzenia w odkrywaniu siebie!


Skrawki chwil z niedzielnego spaceru z moimi chłopakami.




2 komentarze:

  1. Oj ja czasem grzeszę na różne sposoby hehhe, ale akurat nie wiem co ludzie widzą w Fast foodach :)

    http://www.simplethingsbyjok.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam niedawno, że podobno do hamboszczaków dodaje się jakiś składnik, który tak jakby uzależnia od siebie. Poprawia smak i jak to z innymi używkami bywa - chcemy więcej i więcej ;-)

      Usuń

INSTAGRAM

@zan.garczynska

Uwaga!

Wszelkie prawa zastrzeżone. Moje dumki są moją własnością, prywatne zdjęcia również. Skontaktuj się ze mną, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci do głowy coś skopiować lub podebrać!