Oszczędzanie latem jest trudne.

By Żaneta Garczyńska - 03:41

Lipiec i sierpień - szczególnie tak upalny sierpień - niosą za sobą milion pokus. Grille, ogniska z kiełbachą, lody o milionie smaków, zimne piwo, wstęp na basen... Mogłabym tak wyliczać letnie atrakcje i umilanie sobie życia w nieskończoność! Czy tylko my z Arturem wydajemy więcej, niż ustawa przewiduje??


Nie dostawałam kieszonkowego będąc małą dziewczynką. Nawet będąc nastolatką. W podstawówce Tata przed wyjściem do pracy zostawiał dla mnie i siostry kilka złotych do sklepiku szkolnego - na chipsy, oranżadę. Zazwyczaj chowałam te złotówki do skarbonki i w ten sposób odkładałam sobie na drobne przyjemności, a później ciuchy kosmetyki. Składałam sobie grosz do grosza (aż wyszła kokosza ;-)) od zawsze. Później pojawiła się jakaś dodatkowa praca. Najpierw u Mamy, usługi porządkowe, a dalej poważne, dorosłe prace przy zbiorze truskawek czy pomidorów. Kariera na wsi zazwyczaj zaczynała się na polu.

Jeśli dalej ciągnąć to wymienianie - na studiach oszczędzałam stypendium, jakie otrzymywałam. Utrzymywałam się już sama, ale żyłam dość skąpo, bez większych rozrzutności. Żadnych słodyczy, fast foodów; jedzenie z maminej wałówki i spokojne imprezy w pokoju akademickim. Do tego czasu oszczędzanie wydawało mi się banalnie proste. 

Schodki zaczęły się, kiedy już zupełnie zaczęłam życie na własną rękę. Przeprowadzka do miasta, o której marzyłam od dziecka dała mi chyba powiew wolności. Przytuliłam mocno i nadal przytulam możliwości, jakie przede mną stanęły. Imprezy, znajomi, wyjścia na miasto... Nie siedzi się w domu zbijając bąki, sklepy są zaraz za rogiem, a każda żarłoczna zachcianka może być spełniona na pstryknięcie palcem. 

Nie, oszczędzanie latem nie jest łatwe. Szczególnie gdy pogoda sprzyja pochłanianiu lodów i zimnych napoi, bo ile można wodę... I ile można siedzieć w przegrzanym domu, podczas gdy kilkanaście kilometrów dalej mamy basen lub zalew z ciepłą wodą... Mmm, płać i płacz. Albo znajomi, których jest coraz więcej. Spotykać się z każdym z osobna - dni w tygodniu brakuje. Umówić się ze wszystkimi jednocześnie - wychodzi impreza roku. A raczej tygodnia, bo weekend wolny nigdy nie jest w naszym przypadku weekendem wolnym od ludzi. 

Pozostaje wybrać: żyć i korzystać z darów losu czy siedzieć bezczynnie i żałować, że się nie wyszło. Przeżywam z Arturem okres spotkań bezdzietnych, można powiedzieć, że nieprzebiegających przy herbatce do godz. 22. Zarywanie nocy, kiedy na zewnątrz tak ciepło, żarty i śmiechy, dyskusje na poważne tematy przy paczce chipsów - jak tu nie kochać lata? Podobno za wszystko co dobre, przyjdzie kiedyś nam zapłacić. My płacimy teraz, dosłownie. I zbieramy wspomnienia na późniejsze opowieści na dobranoc. Lub przypominanie sobie tego i owego przy herbatce do 22 za dziesięć lat ;-)

Portfel robi się coraz grubszy przez paragony, z miejsc, w których się ostatnio pojawialiśmy, ale kiedy jak nie teraz? Za kilka lat zamienimy zapewne chipsy na pieluchy, więc trzymamy ten ogon znajomości jak najdłużej możemy. I po cichu zapisuję sobie w kalendarzu imiona, miejsca, zapamiętuję twarze i robię zdjęcia. Cieszę się życiem przed jesiennym ochłodzeniem. Choć biorąc pod uwagę częstotliwość skwaru i żaru lejącego się z nieba, marzy mi się ulewa trwająca dłużej niż trzy minuty ;-)

A Wy? Jak Wam idzie przeżywanie lata?



  • Share:

Podobne posty

7 komentarze