New year, new time, old life. Nooooo!

Jeszcze dwa dni przed Sylwestrem powtarzałam jak mantrę, iż w Nowy Rok uda mi się znaleźć czas na wpis na blogu. W końcu nie chcę, żeby wymarł śmiercią naturalną. Miałam ambitne pomysły w związku z tym: podsumować rok, zapisać cele noworoczne, rozpisać kilka afirmacji itp. Cud, miód i... jak zwykle nic z tego.

Od tego dnia minęła już niejedna doba, a czas znalazłam dopiero dziś. Lub raczej chęci, by usiąść i pisać.

Wspominając pomysły na ten wpis nie wykonam żadnego z nich, ponieważ:

1. Nie podsumuję roku.
Był świetny. Wiem o tym. Trzy prace, góry, Mazury, Warszawa, nowi znajomi, ogniska, pierścionki, piesuś i dobre chwile. Zrobiłam kiedyś cudne podsumowanie - wypisałam prawie dzień po dniu - miłe zjawiska, wydarzenia, dobre słowa... Było to wtedy, gdy zapisywałam skrupulatne dzienniki. Po dziś dzień leżą w pudle, opasłych kilka zeszytów w kratkę i czekają, aż może będę chciała do nich wrócić. Lecz! Było to dawno temu, gdy nikt nie zaglądał mi bez ramię i siedziałam w samotni swojego życia. Teraz mam pełno Artura, dzienniki odeszły do lamusa, a ja staram się zapamiętać jak najwięcej.
Podsumowanie? Było super! Bez podliczania, ile dni mi się udało, a ile nie!

2. Nie zapiszę postanowień noworocznych.
Owszem, wiem jak ważne jest postawienie sobie celu i cierpliwe dążenie do jego realizacji. Sprzyja to rozwojowi osobistemu i świetnych cech charakteru takich jak: pewność siebie, wytrwałość, czy konsekwencja. Pisałam kiedyś całe listy, nigdy jednak do nich nie wracałam. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek spełniłam jakieś noworoczne postanowienie.
W mojej głowie kręci się kilka pomysłów i zadań jakie mam do wykonania w tym roku. Wierzę siebie i w to, że wszystko mi się uda. Mam dziwne przeczucie, że los mi sprzyja, bo niby dlaczego nie? W związku z tą dobrą myślą nie mam zamiaru zapisywać gdziekolwiek ani jednego postanowienia, które będę musiała wykonać, bo... nico, jak co roku ;-)
Postanowienia: nie ma, wolę żyć z poczuciem lepszego jutra, niż zasmucać się, że nie wykonuję któregoś numerka z listy.

3. Nie wymyślę ani jednej afirmacji.
Właściwie to nie do końca. Wymyślę ją prędzej czy później, ale nie teraz. Teraz jest dla mnie bardzo łaskawe i nie czuję potrzeby większych zmian. Niech się dzieje, niech każdy dzień daje mi to, co do tej pory, a będzie dobrze. Przyjdzie czas i potrzeba: zacznę wołać myślami dobre zdarzenia, teraz nie. Teraz jest mi dobrze.
Afirmacja: może później.

Zmuszanie się do czegokolwiek nie jest dobre. Samo słowo: przymus nie kojarzy się zbyt dobrze. Kiedyś kobiety musiały prać w lodowatej wodzie rzeki, bo nie było pralek. Kiedyś dzieci bawiły się na podwórkach, bo nie każdy miał w domu komputer. Nikt nie był z tych powodów nieszczęśliwy, bo nikt nie odbierał tego jako przymus, tylko raczej rzeczywistość. Akceptowało się to, co się ma i nie było w tym ani krzty złego.
Dopóki nie pojawia się przymus - żyje się całkiem nieźle.

I ja, w tym nowym roku, nie mam najmniejszego zamiaru zmuszać się do czegokolwiek. Akceptuję to, co należy, bo po cóż robić inaczej?

Choć Sylwester dawno za nami, życzę Wam mądrych decyzji.

Ż.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

INSTAGRAM

@zan.garczynska

Uwaga!

Wszelkie prawa zastrzeżone. Moje dumki są moją własnością, prywatne zdjęcia również. Skontaktuj się ze mną, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci do głowy coś skopiować lub podebrać!