Ho ho ho... Czyli Christmas na horyzoncie.

Jest szał! Wściek nóg i rąk. Przedmioty, które wcześniej stały na promocji, w tym momencie kosztują dwa razy tyle. Migają światełka, na bombki nikt nie zwraca uwagi, a ludzie biegają, gadają i nie usiądą nawet na chwilę. Święta idą pełną krasą.

Nie umyłam jeszcze okien i w tym roku nie umyję. Tak jak to zrobiłam w ubiegłym roku. Jezus przyjdzie i mnie zgromi, bo chyba dla Niego się te okna myje? Nie zrobiłam jeszcze przedświątecznych przetarć kurzu za szafami ani ściągania pajęczyn. I chyba nie zrobię. Nie mam w sumie takiego zamiaru.

Od wczoraj jestem zła.
Siedzę teraz i mam muchy w nosie.

W ubiegłym roku obiecałam sobie, że prezenty na te święta zacznę kupować w sierpniu.
Pierwsze rzeczy kupiłam na początku listopada. Jest ich sporo, do tego jedna połowa rodziny baaadzo wymagająca... Czasu na główkowanie nad prezentami nie było, więc kupiliśmy z Arturem zachcianki, o jakich nam mówili. Jestem zła, bo niektóre z nich to badziewia, za które ewidentnie przepłaciliśmy. Oby nie poszło wszystko w kąt, bo w sumie trochę się staraliśmy przy ich wyborze. Żeby były ładne i choć trochę niebadziewne.

Zastanawia mnie dziś, co mnie właściwie tchnęło, aby w ogóle zacząć tak myśleć. Do tej pory kupowałam prezenty wg własnego uznania i nie pamiętam, by były źle trafione. Przed wyborem czegokolwiek robiłam zazwyczaj mały wywiad, obserwacje człowieka i kupowałam to, co czułam. Pal licho, że w tym roku planowałam zrobić coś ręcznie, ale!
Po pierwsze: zabrakło mi czasu.
Po drugie: nie ogarnęłam tego w porę.
Po trzecie: zapewne mało kto doceniłby moją pracę.

W jakich my czasach żyjemy, że ludzie tak bardzo przywiązują się do rzeczy, a jednocześnie wybrzydzają wszystko i wszystkich. To ma nie ten kolor, tutaj kształt dziwny, zapach jakiś taki bez szału, szalik fajny, ale mógłby być dłuższy... i tak dalej, i dalej...

Wszystko źle, wszystko fe, a ja dałam się wciągnąć w to gorzkie myślenie!

Za tydzień Wigilia, a czar świąt gdzieś tam wisi poza moim zasięgiem. Dostrzegam lampki, choinki i ludzi wyczekujących przy sklepowych kasach. Słucham kolęd i świątecznych piosenek. Czekam na wolny wieczór, w którym ponure myśli schowają się i pozwolą odetchnąć. Mam w sobie jakiś bieg, za czymś, czego nazwać nie umiem. Z jednej strony chcę spokoju, jednak gdy mam chwilę dla siebie, to popycham się do czynności - sprzątania, uczenia się, różnych rzeczy.

Mam dzisiaj na sobie czarną bluzę i jakoś mi czarno.

Wyczerpanie materiału na dobre podejście.

Very stupid.


To kot Bloczek, z którym widujemy się raz w tygodniu. Przypomina mi, że najlepiej iść swoją drogą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

INSTAGRAM

@zan.garczynska

Uwaga!

Wszelkie prawa zastrzeżone. Moje dumki są moją własnością, prywatne zdjęcia również. Skontaktuj się ze mną, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci do głowy coś skopiować lub podebrać!