Wszystko przez Walentynki, czyli o tym, jak kochają kobiety?

Kiedyś, gdy popularne było jeszcze wysyłanie Walentynek, stawało się przed trudną decyzją. Co napisać? Jak kartka zostanie odebrana? Kupić prezent, czy się nie ośmieszać? O kochaniu z babskiego punktu widzenia.

Gdyby wpisać w wyszukiwarkę hasło "miłość", wyskoczą nam tysiące górnolotnych cytatów, mniej lub bardziej wyszukanych wierszy i tony obrazków mających zilustrować owo zjawisko.
W mojej erze wysyłania Walentynek tak to nie funkcjonowało i szukało się wpisów po książkach, pamięci znajomych czy po prostu samemu coś się kleiło. 

Pamiętam ten pietyzm w wypisywaniu kartki. 
Najpierw wybór wierszyka. Później kupienie super długopisu, może brokatowego?
Wypisanie i odstawienie na bok, by aby na pewno nic się nie rozmazało.
Odważniejsze kradły mamom szminki i odciskały swoje usta.
Żadna z nas się nie podpisywała. Głupie, liczyłyśmy że chłopak, który dostanie dziesięć (dla niego identycznych) kartek rozpozna, która jest od nas.

A później czekanie.
Może spojrzy na korytarzu?
Może się odezwie? Może mała, czerwona karteczka przełamie jakieś lody i zstąpi cud, po którym będziecie żyć długo i szczęśliwie?

I strach.
Szkolna poczta walentynkowa miała to do siebie, że najpierw wybrani uczniowie zbierali kartki do wielkiej urny, a później wchodzili do sal i je rozdawali.Wchodzili, a w klasie panowała absolutna cisza. Każdy liczył, że dostanie choć jedną kartkę. 
Ha! W gimnazjum oszukiwałyśmy, wysyłałyśmy sobie nawzajem, żeby tylko na pewno dostać jakąś kartkę! Każda chciała poczuć się fajna, wartościowa z Walentynką w ręce. Nic to, że wierszyk był o dupie Marynie, byleby tylko coś napisać.

Już jako gówniary w dzwonach na tyłkach i rozciągniętych bluzach chciałyśmy mieć adoratorów. Poczuć się kochane przez chłopców, choć nie zawsze byłyśmy.
Rozumiecie dramaturgię? 
Oszukiwałyśmy same siebie, byleby nie być obgadane, że nie dostałyśmy kawałka papieru. Że nikt o nas nie pomyślał i nikt się w nas nie podkochuje.

BAJKA O KOPCIUSZKU

Kopciuszek, Śnieżka, Śpiąca Królewna i inne baśniowe bohaterki byłyby niczym, gdyby nie szlachetni panowie pojawiający się na samym końcu historii. Ci panowie zazwyczaj nawet nie posiadali imienia. Mieli tylko konie albo świetne ciuchy, i wywodzili się z książęcych rodów. W Walentynki aż roi się od tego typu historii!

Wniosek: ideał faceta wpajany nam od dzieciństwa narzuca, iż najlepszy kandydat na męża to taki, który ma coś w zanadrzu i pojawia się w odpowiednim momencie
Nieważne, że jest bezosobowy. Nieważne, że nie ma nawet głupiego imienia. Nieważne, że bohaterka nic o nim nie wie...

Najważniejsze, że pojawił się na czas, by dziewczyna przestała być czyimś popychadłem, śmieciem na drodze, prawie trupem, a stała się wartościową, znaczącą coś w świecie kobietą (tak naprawdę baśnie mają podwójne dno, a to co piszę jest powierzchowne. Więcej znajdziecie w TEJ KSIĄŻCE).
W ten właśnie sposób dziewczynki, które nie są chłopczycami i nie wspinają się po drzewach, czekają życie całe na tego gościa, który pojawi się w ODPOWIEDNIM momencie.

Ten moment to może być właściwie totalny przypadek.
Istne znaczące zrządzenie losu, a my, kobiety, dziewczynki, widzimy w nim ten właśnie przełomowy traf. Dopowiadamy sobie miłosną ideologię, że tak! Od dziś zmieni się moje życie, właśnie z nim! I rzucamy się w wir miłości, szał uniesień, zachwyt nad tym człowiekiem, który już jest cudowny, bo się pojawił!

JAK MOCNO MOŻE KOCHAĆ KOBIETA

Przyznam Wam się do czegoś. 
W czasach szkolnych, jak zapewne większość z Was, podkochiwałam się w różnych chłopakach, tylko dlatego, że w jakiś tam dla mnie sposób byli ładni. Mieli w sobie coś na tyle, że podobało mi się marzenie o randce z nimi, choć zazwyczaj oprócz imienia nie wiedziałam o nich zupełnie nic. 
Zero. Null. Czarna dziura, a i wiedzy nie było skąd zaczerpnąć.
Facebook nie istniał, szczytem było zdobycie numeru telefonu (a wysłanie SMS?? Olaboga! Mało którą było stać na taką odwagę!). Poza tym były to czasy, gdy dziewczyny trzymały z dziewczynami, a chłopacy z chłopakami i nawet plotek o sympatii nie było skąd wyciągnąć.
Pozostało wysyłanie anonimowych Walentynek, później "puszczanie strzałek" (nie wiesz, co to? SPÓJRZ TUTAJ!). I liczyć na łut szczęścia.
Zawsze jednak skromnie, nieśmiało, żeby przypadkiem się nie zorientował, że lubię go trochę bardziej niż innych kolegów. Efekt tych zalotów był taki, że to dziewczyny, które były pewne siebie miały chłopaków, a ja mogłam sobie tylko tkwić w moim świecie marzeń i wyobraźni.
To niemiłe, patrzeć jak dziewczyny chodzą na randki, a ja nadal siedzę w domu i czekam na jakiklwiek odzew.

Do desperacji mały krok. Znam dziewczyny, które miały chłopaków tylko po to, by mieć. Bo inne miały i nie chciały być gorsze. Pomyślałam kiedyś, że w sumie to mogłabym kochać za dwoje. Byleby ktoś przy mnie był.
Na szczęście ktoś mądry wybił mi to z głowy.

Jednak myślę, że jest wiele kobiet, które kochają za bardzo.
Potrzebują obok męskiego ramienia i nieważne, że nic o nim nie wiedzą. To nic, że on zachowuje się wobec niej jak emocjonalna hołota. Ona go kocha, on ją może też. Dopowiadają sobie romantyczne historie, trwają w nadziei i przekonaniu, że przecież wszystko jest ok. Po ch*j drążyć??

Bella nie wiedziała nic o wampirze Edwardzie. Anastasia o Grey'u też nie za wiele. Jednak szalały za nimi i miały ten fart być bohaterkami romansów stulecia. Ogląda się później takie ckliwości i płakać się chce patrząc na swoją rzeczywistość. Singielki dołują się jeszcze mocniej, związkowe patrzą na swojego partnera z krzywą miną. Oczekiwania odnośnie wymarzonych Walentynek rzadko kiedy są zaspokojone. Czujemy się niekochane, a naprawdę jesteśmy obłąkane. W obłędzie wyimaginowanych historii.

Kobiety pragną bardziej.
Czują mocniej.
Niestety czasem kochają za dwoje.

Idealnie byłoby lekkim okiem traktować serduszka na wystawach sklepowych. Nie kochać za dwoje, bo to krótka droga do katastrofy. Kochać za siebie i oczekiwać tego od drugiej osoby. Którą znamy na tyle, że wiemy, iż nie pójdzie z nami do kina na romans, a jedynym prezentem, jaki otrzymamy będzie Rafaello na szybko kupione w osiedlowym pod blokiem.

Po takiej dumce na mojej Walentynce napisanej dla Was napisałabym brokatowym długopisem w kolorze pięknej czerwieni:

BĄDŹ DLA SIEBIE DOBRA.
I TY, MĘŻCZYZNO TEŻ. BĄDŹ DOBRY DLA SWOJEJ KOBIETY (tak tak, dla siebie też).

I nie łudźmy się, że Walentynki odmienią nasze życie. Naprawdę. Kochajmy codzienność, a nie bajki i romantyczne scenariusze bez realnego pokrycia.


P.S. Mam też klasyka na koniec:
"Mężczyzna mnie nie określa. Nie jestem więcej warta jeśli jest.
Jestem tyle samo warta."
-K. Grochola

4 komentarze:

  1. Napisałaś to świetnie. Ludzie w dzisiejszych czasach wymagają niewiadomo jakich romansów żywcem wyjętych z książęk i filmów, zapominając o prostocie miłości, o codzienności i okazywaniu miłości w pojedynczych, prostych gestach.
    Miłego dnia ! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczarowałaś mnie kolejnym postem. Dziekuję Ci za to miejsce! Czytam dalej!! ahh i zostaję i obserwuję i zostaję!

    OdpowiedzUsuń

INSTAGRAM

@zan.garczynska

Uwaga!

Wszelkie prawa zastrzeżone. Moje dumki są moją własnością, prywatne zdjęcia również. Skontaktuj się ze mną, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci do głowy coś skopiować lub podebrać!