Bezczelny strajk nauczycieli - co oni sobie wyobrażają??!

By Żaneta Gy. - 06:14

Zrobiło się gorąco i nie mam na myśli temperatury wskazywanej przez okienne termometry. Strajk nauczycieli ruszył pełną parą, niezadowoleni rodzice hejtują ile sił kadry pedagogiczne, a rząd jakby poczuł wiosnę i błądzi gdzieś z głową w chmurach. O co w tym wszystkim chodzi?



Swego czasu dawałam się porwać dyskusjom na temat strajku. Choć nie było wiadomo, czy się odbędzie, "rozmowy" na Fb wrzały i nakręcały tak rodziców, jak i nauczycieli.

Najwięcej do powiedzenia mieli i nadal mają oczywiście ci, którzy z zawodem nauczyciela spotkali się jedynie w czasach własnej kariery szkolnej, która zazwyczaj przebiegała pewnie... z niskim poziomem sukcesów, co można zauważyć po tonie, kulturze słowa i poprawności językowej komentujących. Poza wspomnieniami realia szkolne dla tych ludzi nie istnieją, nie interesują się nimi, widzą to, co pamiętają z czasów, gdy sami do szkoły uczęszczali. 
Z drugiej strony mamy osoby, które znają lub mają w rodzinie choć jednego nauczyciela, są więc obeznane z tematem. Strajk popierają. Dziwne?


Niekoniecznie. Cały hejt, jaki spływa na nauczyciela w tym momencie ogranicza się do krzyku na temat tego, że przecież "on ma tyyyyle wolnego, a jeszcze chce kasy!", jakby tylko o pieniądze w tym momencie chodziło...

Jeśli jednak coś miałabym powiedzieć w tej kwestii... Za co ten hajs? Przecież to tylko 18 godzin w tygodniu!
Tak twierdzą rodzice ograniczeni, którzy nie interesują się tematem. Każdy nauczyciel wymieni litanię zajęć, jakim jeszcze poświęca się po "przepracowaniu" tych kilku godzin w trakcie dnia. Najczęściej nie da się tego zliczyć na palcach dwóch rąk. A więc chcemy kasy za pracę, jaką faktycznie wykonujemy, choć widzą to tylko nasze rodziny i znajomi.



Chcemy pieniędzy za czas, za jaki wkładamy w naszą ciągła edukację. Nieopłacane kursy, podyplomówki, kupowane książki, nowe pomoce dydaktyczne, na które kupno nie stać szkoły, a fajnie byłoby pokazać uczniom coś nowego... Ok, możemy tego nie robić, tylko zasiąść wygodnie w fotelu z nogami do góry. Tylko proszę darować sobie komentarze, że szkoła nic uczniowi nie daje, nauczyciele uczą starymi metodami, atrakcyjność na poziomie zero... Chcemy się uczyć i kształcić w zawodzie po to, by nie słyszeć później, że przez "głupią nauczycielkę ich dziecko nie potrafi liczyć i trzeba zapisać je na korepetycje!".

Chcemy pieniędzy za ciemne strony naszego zawodu. Pyskujące dzieci, brak szacunku, krzyczących rodziców obgadujących nas na szkolnych korytarzach. Za dodatkowe godziny na wycieczkach, za które nie mamy płacone. Za hejt ze strony społeczeństwa. Za rady pedagogiczne, na których siedzimy do wieczora, żeby wyciągnąć Wasze dzieci na zachowanie choćby poprawne, czy debatujemy o tym, jak nie ukatrupić najzuchwalszego ucznia w klasie, tylko w humanitarny sposób naprowadzić go na człowieczeństwo...

Nikogo nie dziwi stawka, jaką płacimy lekarzom specjalistom. Co więcej - większość z nas uważa, że im więcej zapłacimy np. u stomatologa, tym lepiej się z nami obędzie, wizyta będzie trwała tyle, ile my chcemy, lekarz zajmie się nami jak własnym dzieckiem. Czy zawsze tak bywa? Prywatne wizyty u lekarzy nie są równoznaczne z traktowaniem nas po królewsku, a plomby wcale nie okazują się trwalsze. Idąc tym tropem! Ceny w piekarniach, które kiedyś były o połowę niższe budzą w oku łezkę żalu, jednak płacimy za chleb te 4 zł, bo chcemy zjeść chleb, a nie supermarketowy papier. 

Ludzie, którzy są fachowcami i specjalistami w swojej pracy doceniają siebie i szanują swój poświęcony czas i wysiłek. Płacimy im za to z myślą, że w sumie im się należy. Dlaczego więc nauczyciele nie mają zarabiać więcej niż kierowca tira bez wykształcenia czy kucharz pasjonata, którzy rzucił korpo i otworzył najlepszą pierogarnię w mieście?


Od razu odpowiadam na zjadliwe komentarzu typu: zmień zawód.

A W ŻYCIU ANI MI SIĘ ŚNI!

Nikt, kto nie miał styku z tym zawodem i nie przeżył godziny w klasie szkolnej, nie wie, jak wiele może on dać. Jak wielkie flow można poczuć, kiedy zapatrzone dzieci słuchają tego, co chcesz im powiedzieć, a po lekcji słyszysz "ale było fajnie". Żaden inny zawód nie da mi tylu okazji do uśmiechu co praca z dziećmi w przedszkolu czy klasach I-III. Nie zamienię przytulającej mnie Basi, która ufa mi bardziej niż własnej matce i mówi o tym, jak tata ją bije kiedy dostaje złe oceny, a ona nie ma komu o tym powiedzieć. Nie zabierze mi nikt laurek od dziewczynek, które mówią, że jestem "najlepsza Panią na świecie, super duper". 

Wiele wyzwań, tony zmagań, ale jeśli już dane jest nam poczuć te dobre strony bycia nauczycielem, to staje się to po prostu częścią naszego życia. Naszą codziennością i pasją.


Nauczycielem się jest, a nie tylko bywa przez kilkanaście godzin spędzonych w miejscu pracy, jakim jest szkoła. Powie Ci to każdy, kto wykonuje ten zawód z pasją, a takich rozpoznasz bez trudu.


P. S. Odpowiedź na zarzut, że mogę zarobić kolejną pensję na korepetycjach: ilu chętnych znajdę na naukę czytania i pisania? ;) ile mogę wziąć, skoro z moim wyglądem rodzice myślą, że jestem dopiero po studiach i skoro "bez doświadczenia" to powinnam wziąć maks. 30zl za godzinę? Ile na korkach powinien zarobić pan od wuefu albo plastycy?...

Dystans i krztę zrozumienia, bądź empatii. Bo inaczej wszyscy się zażremy. 

  • Share:

Podobne posty

0 komentarze